Zaczęło się od maila, w którym KK zaprosił mnie na koncert z Hot Swing. Samaprzeczytałam w Internecie o tym koncercie jakiś czas wcześniej, brzmiało ciekawie, a Krzysztofteż bardzo zachęcał, twierdząc, że panowie z Hot Swing to światowy poziom.
Na koncert chciały przyjechać też Monika K z Krakowa, Ewelina z Nowej Soli i Ewa z mężem z Chojnic, co ostatecznie ziściło się jedynie tej ostatniej. Krzysiek zapewniał, że będziemy na liście gości.
Organizatorem koncertu był słynny w Poznaniu klub Pod Pretekstem, mieszczący się w zabudowaniach „Zamku Wilhelma” jak mówimy w Poznaniu na Centrum Kultury „Zamek”. Co poniedziałek odbywają się tam fantastyczne koncerty czołówki polskich wykonawców muzyki jazzowej i około jazzowej, względnie balladowej. Latem koncerty mają miejsce na dziedzińcu Masztalarni, obok klubu o 21:00. Często koncertują tam Stanisław Sojka, Hanna Banaszak, Lora Szafran. Czasami te koncerty są rejestrowane i wydawane na CD.
Klub szczyci się bardzo smaczną i nie aż tak drogą kuchnią, we wnętrzu ciekawie i bardzo „muzycznie” zaaranżowanym z całym sufitem podwieszonych tam instrumentów, oraz antycznych bądź stylizowanych na antyki mebli. Jednym słowem jedno z przyjemniejszych miejsc z Poznaniu.
Moje biuro mieści się też w Zamku ale w innym skrzydle. Niemniej okno wychodzi na ogród, na prawo od niego jest dziedziniec Różany, za którym znajduje się dziedziniec Masztalarni. Mimo, iż koncert był dopiero na 21:00 to dzięki „wspaniałemu”, rozkładowi jazdy PKP, nie opłacało mi się wracać do domu po pracy tylko na godzinkę. Zostałam więc. Krzysztof mówił, że próba będzie ok. 18, więc około tej godziny nasłuchiwałam trochę, ale nic…. Dopiero ok. 18:30 usłyszałam jakieś jazzujące pobrzękiwania. Było słychać, aczkolwiek pobliska ruchliwa ulica, trochę przeszkadzała. O 20:00 byłam umówiona z Ewą i Zbyszkiem, więc stwierdziłam: nie ma co się tak kręcić i zdecydowałam, że nie idę „podsłuchiwać” próby…. Do czasu! Bo przecież jak usłyszałam głos KK śpiewający Sinatrę to w pięć minut nie było mnie w biurze
Niestety, na sam dziedziniec Masztalarni nie chcieli mnie wpuścić, ale to nic. Przecież tam „drzwi” nie zamkną, bo ich nie ma. Usiadłam w ogródku Pod Pretekstem i przy piwie podsłuchiwałam próbę. Panowie trochę grali sami, ale przede wszystkim KK próbował po fragmentach wszystkie piosenki, głównie Sinatry, co oczywiście mnie ucieszyło niewymownie…
O dziwo, wpuszczać na dziedziniec zaczęli już zaraz przed 20-tą. Niestety nie było jeszcze Ewy i Zbyszka,którzy utknęli w korkach w drodze z Lubonia, gdzie się zatrzymali. Dlatego jak ruszyliśmy już wspólnie do bramy zauważyłam, że z 10 pierwszych rzędów jest już zajętych. Przy wejściu był mały bałagan bo pan, który miał listę nie miał na nich naszych nazwisk, ale gdzieś pobiegł i za chwilę zapytał tylko mnie o nazwisko i usłyszawszy je, sam dodał: „Tak jest – 3 osoby”. Usiedliśmy w miarę na środku. Byłam przekonana, że będzie z pół godziny opóźnienia bo przecież próba skończyła się tak późno (przed 20-tą chyba). Ale nie! Kilka minut po 21-szej na scenę wszedł pan który nas trochę zanudził zapowiedziami następnych imprez i koncernów w Pod Pretekstem na następne pół roku chyba. Ale trzeba mu przyznać, że ma rewelacyjną pamięć bo wszystko mówił z głowy: nazwiska, godziny koncertów, tytuły płyt, itd. Moje uznanie.
W końcu około 21:10 pan zaczął opowiadać o zespole Hot Swing, i zgodnie z tym co KK zapowiadał, oznajmił, że w pierwszej części koncertu wystąpi sam zespół, który promuje swoją nową płytę. Zespół Hot Swing powstał w 1998 a od 2009 roku występuje w nowym składzie: Wojciech Marcinowski - skrzypce, Marek Piątek - gitara, Wiesław Prządka - akordeon, Grzegorz Piętak - kontrabas.
Czterech wesołych i bardzo energicznych panów, którzy co widaćświetnie się bawią muzyką i są szczęśliwi na scenie. Jednocześnie wirtuozeria wykonania utworów z naprawdę zawrotnym tempie jest nijak do opisania podobnie jak ich styl…. Ciekawych zapraszam na stronę kwartetu www.hotswing.pl,gdzie w dziale „Muzyka” można posłuchać niektórych utworów. Chociaż samo słuchanie to nie wszystko, gdyż to również świetni showmani, zwłaszcza skrzypek Wojtek Marcinkowski i Grzegorz Piętak (nasz ulubiony) – kontrabasista. Publiczność przyjmowała zespół wręcz entuzjastycznie, nagradzając każdą solówkę brawami.
Ogólnie podobali nam się, ale osobiście niekoniecznie chciałabym mieć ich płytę. Owszem, na koncercie to jest bardzo efektowne, ale tak do słuchania tylko?Jak już wspomniałam zespół promował płytę, dlatego zagrał chyba z 9 utworów wcale nie takich krótkich…. Pod koniec ich występu już trochę się nam dłużyło do występu KK, który miał nastąpić po krótkiej przerwie.
Przerwę spędziłyśmy w kolejce do „wiadomego przybytku” i wracając natknęłyśmy się na KK, który już czekał pod sceną. Krótkie przywitanie. Kiedy wróciłyśmy na miejsca już zapowiadano Krzysztofa jako gościa specjalnego Hot Swing. Krzysztof zwrócił się do publiczności: „ Tak słuchałem jak entuzjastycznie Państwo przyjęliście zespół Hot Swing i zacząłem się zastanawiać gdzie tu jest jeszcze miejsce dla wokalisty?” Ale jakoś nie zrezygnował i zaczął
Pierwszy utwór wykonany przez KK to była piosenka Franka Sinatry „The Lady Is A Tramp”. Ha! Jak słuchałam próby, ale wtedy jakoś mi nie podpadło jak to inaczej i oryginalnie brzmi. Możecie sobie wyobrazić: to brzmienie Hot Swing w takim składzie instrumentalnym i takim tempie i klasyczny Sinatra. Możnaby pomyśleć, że to jest nie do połączenia. A jednak! Ciężko mi jest znaleźć słowa dla opisania tego pierwszego wrażenia… Zaskoczenie? Zdziwienie? Rozbawienie? Zachwyt? Po prostu wszystko jednocześnie a zarazem na przemian. Lepiej nie potrafię
Krzysztof. Znowu na scenie, znowu w swoich klimatach, znowu w formie, że „klękajcie narody”. Podziwiałam, jak świetnie sobie radzi z tym o wiele szybszym tempem, po angielsku przecież. Owszem kilka razy „zjadł końcówkę” (może dwa razy), ale nie pomylił się ani razu, wiem bo znam te utwory na pamięć. Publiczność reagowała podobnie: gromko go nagradzając brawami już od pierwszej piosenki. Następnym utworem był słynny „I’ve Got You Under My Skin”, o ile się nie mylę. Już przyzwyczajona do nowej dla mnie „formy” przedstawienia najpiękniejszych w świecie pieśni, najwspanialszego artysty jaki kiedykolwiek był/jest/będzie na świecie (a może i wszechświecie?); skupiłam się na odczuwaniu i zachwycie. A były powody! Zwłaszcza przy „My Funny Valentine”. KK zawsze rewelacyjnie wykonuje ten utwór , ale teraz była w tym taka siła uczucia i wyrazu aktorskiego, artystycznego, że naprawdę porównywalnie do moich wrażeń przy słuchaniu Sinatry, miałam wrażenie, że to jest skierowane tylko i wyłącznie do mnie. I na pewno każdy kto tego słuchał miał podobne odczucia. W ogóle jakoś głębiej do mnie dotarła treść dzięki temu. Chodzi o to że taka prawdziwa miłość we wysokim co codzienne jest taka jak w Walentynki. I ludzie akceptują siebie nawzajem, wiedząc, że nie są idealni, ale dla siebie nawzajem są najwspanialsi.
Właśnie: nie raz tak słucham Sinatry i dochodzę do wniosku, że te niby proste teksty o miłości są nie raz bardzo głębokie i mądre. On oczywiście tego nie pisał, ale osobiście wybierał, i nie akceptował byle czego, więc… To była malutka dygresja
Wracamy do Krzysztofa, który jest tu najważniejszy.. Ok. Dalej było…my beloving „Come Fly With Me”. Polatajmy sobie, czemu nie? Optymistyczna piosenka, zawsze mnie podnosi na duchu. Tym bardziej, że kocham latać i gdybym miała opcję i więcej matematycznych i technicznych zdolności to pewnie nauczyłabym się pilotażu. Jakby to było cudnie mieć swój samolot i jak Sinatra sobie latać to na Hawaje to do Europy, ot tak, z przyjaciółmi… Ale KK też sprawił, że lataliśmy, na skrzydłach zachwytu i wzruszenia, pod różowymi chmurkami pogody ducha. Dzięki za to Krzysiek! Zawsze się zastanawiam, nie wiem jak Wy, czy taki artysta ma świadomość CO on sprawia w człowieku???? Może trochę, bo sam też w końcu słucha muzyki, ale tak co konkretnie ON sprawia to chyba nie. A szkoda, na pewno niejeden artysta by się zdziwił….Szkoda, że nie można zrobić tak, żeby artysta występował i jednocześnie był na widowni jako widz. Ale może to właściwie dobrze, bo nie wiem czy ktokolwiek z nich odczuwając to co my, nie wpadłby w totalny samo-zachwyt, co w skrajnej wersji mogłoby być destrukcyjne
Super superlatywy nie wystarczą , zawsze jest za mało słów jeśli się pisze o muzyce, a tym bardziej jeszcze o muzyce wykonywanej przez Mistrzów pokroju Hot Swing i KK….
Z każdym utworem byłam coraz bardziej przerażona, że to już za chwilę koniec.Wierzcie mi, że te 6 piosenek przeleciało mi prawie jak jedna... Było jeszcze „Lover Come Back To Me” i „I’ll Be Missing You” - wyjątkowoprzecudnie i wzruszające wykonane. Kiedy Krzysiek zszedł ze sceny wraz z muzykami publiczność jeszcze długo wzywała ich oklaskami. Kątem oka zauważyłyśmy małą „naradę” pod sceną więc, uff, będzie bis! I tu plum …., nie znałam utworu wykonanego na bis, ale dopytam to potem się wstawi i poprawi;)
No i tu proszę Państwa obecnych na koncercie mam do Was żal, że tak szybko daliście spokój i nie klaskaliście konkretnie. Na pewno artyści zabisowaliby ponownie. Ja nie wiem: żadnej woli walki! A przecież ewidentnie podobało się i to ogromnie!… No cóż…Koniec to koniec i koniec Smutne, ale prawdziwe.
Po koncercie mieliśmy, jak się okazało zbędną całkowicie rezerwację w Pod Pretekstem, bo tłoku nie było. Porozmawialiśmy, porobiliśmy zdjęcia i niestety jako, że byliśmy jedynymi gośćmi pod koniec – kelner wyznaczył nam „czas” do „wypalenia się świeczki”. Ostatecznie wyszliśmy jak ta świeczka miała jeszcze z dobre pół centymetra i KK rzucił kelnerowi żartobliwie: „My tu kiedyś wrócimy tą świeczkę dokończyć”
Pożegnania, podziękowania…. KK podziwiał Ewę i Zbyszka, że przybyli aż z Chojnic specjalnie na koncert. To dopiero byłby pod wrażeniem jakby przyjechała Monika z Krakowa!
Krzysiek dzięki za WSZYSTKO jeszcze raz, Ewa, Zbyszek dzięki za towarzystwo. Do następnego razu, który pewnie nie prędko, niestety…