Stwierdzam definitywnie, że nie powinnam oglądać reklam;) Ulegam sugestiom. Kiedy dowiedziałam się o nowej liście koncertów KK miałam ochotę na wszystkie trzy: jazz festiwal we Wrocławiu, Sinatrę w Złotoryi i In The Room w Koninie.
Niemniej jak się bardzo szybko okazało, nie było to takie proste do zrealizowania z kilku względów. Ewentualnie pozostawałam przy Koninie, no bo blisko i Lidka ze Słupcy niedaleko Konina i tak mnie zapraszała. Ale Krzysiek napisał, że po co ja mam jechać na „In the Rom” po raz „nasty”, a poza tym on wraz z zespołem po koncercie wraca i nie będzie można pogadać… „Ano w sumie tak” – pomyślałam w pierwszej chwili i w ogóle się wycofałam z tematu pt. „wyjazd na koncert”.
Jednak nazajutrz, przemyślawszy bardziej „na chłodno” sprawę, ze zdziwieniem stwierdziłam po pierwsze, że na nie plenerowym koncercie „In the Room byłam dokładnie 2 lata temu w Białymstoku! Pleneru w Gdańsku nie liczę, bo odbiór In the Room w plenerze jest czymś zupełnie innym i chyba nie tym czym powinien być…Po drugie Słupca, gdzie mieszka Lidka jest śmiesznie blisko Poznania, a po trzecie Agata potwierdziła 2 wejściówki. Wystarczy:) Krzysiek też przyznał mi rację, że w sumie jak tak blisko to dobry pomysł;)
Wystartowałam pociągiem do Słupcy koło południa, jazda był krótka (godzinka z haczykiem) i przyjemna. Lidka odebrała mnie z dworca i potem spędziłam całkiem przyjemnie popołudnie z jej rodzinką:)
Słupca jest bardzo uroczym, typowo „zachodnim” miasteczkiem z małymi jednopiętrowymi kamieniczkami, ryneczkiem i klimatem bajki. Konin położony na pagórkach też jest podobny, chociaż za wiele nie widziałam;) Koncert był organizowany w Konińskim Domu Kultury z okazji Dnia Kobiet.Dom Kultury dość okazały jak na takie miasto jak Konin. Kilka sal, w tym sala widowiskowa, w której miał zaśpiewać KK.
Przyjechałyśmy dość wcześnie bo ok. 17:30. Powoli schodzili się ludzie, głównie kobiety, ale nie tylko, również całe grupy dla których jak przypuszczam biletykupiły firmy w ramach prezentu na święto pań.
Wybrałam nr Agaty… jednak … o dziwo, odezwał się głos męski. Jak się później okazało to Sebastian Stannystroił sobie żarty… Po chwili przekomarzań, odezwała się Agata. Powiedziała, że mamy chwilę zaczekać bo oni są w restauracji niedaleko i zaraz po nas przyjdzie. Za jakieś 15 min przyszła z kilkoma muzykami i obsługą techniczną.Sebastian też był i po żartobliwej wymianie zdań przeprosił za „żarcik na Dzień Kobiet”;).
Weszłyśmy z Agatą bocznym wejściem koło sceny, a realizator dźwięku zabrał nas na miejsca koło swojego stanowiska, centralnie na środku sali. „Widać i słychać będzie idealnie”, pomyślałam i rzeczywiście tak było. Sala, dość duża, miała „wystrój” sali kinowej (fotele ustawione z góry na dół) i była wypełniona prawie w całości. Spojrzałam na zegarek – była 18:10. Lidka skomentowała: nie spieszą się…
W końcu zabrzmiały pierwsze akordy „I Don’t Know Where Life’s Going” i na scenie przy dźwięku braw ukazał się Krzysztof w eleganckim połyskującym czarnym garniturze i białej koszuli. W tym momencie poczułam się jak przeniesiona w inne czasy a przed oczami stanęły mi te wszystkie wspaniałe koncerty KK. Dziwne wrażenie…Ponadto, tak jak się spodziewałam zabrzmiało to zupełnie świeżo po tak długim okresie nie słuchania KK w tym repertuarze na żywo.
Krzysztof przywitał się w publicznością i od razu przeprosił za spóźnienie, spowodowane „małym wypadkiem”. Niby nic takiego, ale gdyby nie Mariusz (perkusista) i jego plaster, spóźnienie mogłoby być większe. Do owego „wypadku” KK może troszkę przesadnie często (jak sądzę - również po komentarzach zasłyszanych z widowni...) nawracał podczas skądinąd bardzo dowcipnej i błyskotliwej konferansjerki;)
KK śpiewał kolejne utwory z In The Room. I nie wiem, czy to moja tak długa nieobecność na tych koncertach była przyczyną, że nie byłam świadoma jak bardzo zmienił się jego styl jako wykonawcy, czy po prostu zaśpiewał tak wyjątkowo wczoraj. Dlaczego wyjątkowo? Dlatego, że o ile ja pamiętam koncerty In The Room to te wykonania choć nie można im było niczego zarzucić, były dość stonowane i mało emocjonalne. Jednak tutaj Krzysztof zaśpiewał zupełnie tak jak śpiewa standardy jazzowe i z takim samym luzem. I to było zaskakujące i niepowtarzalne.
Po sobie samej również nie spodziewałam się takiego odbioru. Otóż zasłuchałam się totalnie ibyłam jednocześnie poruszona i zachwycona oraz zadziwiona:)
zdjęcia: www.konin.pl
Jak wspomniałam również konferansjerka była niezwykła jak na KK, bo nie usłyszeliśmy tych samych tekstów co zawsze, ale sporo improwizacji. Muszę przyznać było to zabawne, i dla publiczności również co dało się słyszeć:D.
Oczywiście musiał wystąpić temat Święta Kobiet i to kilkukrotnie. M.in. KK zazdrościł Rosjanom który mają z tej okazji 2 dni wolnego, bo ten drugi przeznaczają na „odpoczynek” po świętowaniu Dnia Kobiet, przy czym „odpoczywają” głównie mężczyźni;) Innym razem „reklamował” pałacyk w pobliżu Domu Kultury gdzie jest pyszna kawa i ciasto – nie reklamując go bo …. zapomniał nazwy;) Natomiast przedstawiając zespół, przy Mariuszu powiedział: „Mariusz Mocarski – apteczka i perkusja”. I w tym miejscu muszę dodać, że niestety na klawiszach nie grał Piotr Matuszczyk którego grę uwielbiam, a Jacek Subociałło. Ten pan grał również świetnie, nie mam nic do niego, ale Piotruś to Piotruś;)
Sebastian natomiast mimo iż nadal „rozrabiał” o czym za chwilę, za wszystko zrehabilitował się przecudną grą na saksofonie. Z tym saksofonem podobała mi się nawet bardzo nie lubiana przeze mnie piosenka „Infinity Eyes”. Otóż brzmienie tego instrumentu odebrało jej „klimat” pobrzmiewający z lekka country, który mnie w niej tak denerwował. Co do Sebastiana: on po prostu „zniknął” na czas piosenki w której nie „chórkował” ani nie grał i nie pojawił się w porę, a zdezorientowany KK wywoływał go kilkukrotnie. Kiedy wkońcu się pojawił, Krzysiek zażartował (albo i nie?:)) że po koncercie się z nim policzy oraz skomentował, że Sebastian jest głuchy jak każdy wokalista, nie wykluczając jego (jasne!;)). Jednak on sam też nie był wolny od wpadek, myląc tekst w jednym z utworów, do czego mógł się w zasadzie nie przyznać – bo może nikt nie zauważył?;), ale jednak to zrobił. Instrumenty też miały swoje wpadki a raczej „spadki” jak tamburyno które stoczyło się brzęcząc ze schodków sceny – całe szczęście pod nogi Agaty, która je położyła na miejscu:).
KK zaserwował nam również ku mojej ogromnej radości „Wesołe Walentynki” jak zapowiedział czyli „My Funny Valentine” (kocham tą jego wersję tego utworu!!!),oraz „One For My Baby” Franka Sinatry bez Piotrusia nie taki super ale jednak cudowny. Zauważyłam pewne zmiany w aranżacjach utworów z In The Room, przeważnie na plus, jednak „wstawki syntezatorowe” a la lata 80-te nie przypadły mi do gustu.
Nie było piosenki „Północ, pusty bar” (specjalnie mi nie żal;)) i nie było bisów. Według mnie: albo KK zbyt długo ale stanowczo się pożegnał, wplatając ponownie historyjkę o Dniu Kobiet oraz hasło „my skończyliśmy ale ten wieczór się dopiero zaczął”, albo publiczność była „zbyt grzeczna” (chociaż za mną słyszałam okrzyki „bis!”), albo jedno i drugie i jeszcze trzecie o którym mi nie wiadomo a mogę się domyślać…
Ogólnie ten koncert był niepowtarzalny i dla mnie zupełnie wyjątkowy, inny, pobudzający wszystkie czułe struny mojej muzycznej duszy.
No cóż. Publiczność w górę - do wyjścia, a my z Lidką - w dół do sceny i na zaplecze. Sporo punktów ujemnych dla organizatorów za oświetlenie na zapleczu – zaraz za sceną ciemność egipska(!). Widziałam, że stoi grupa ludzi i tyle. Jak podeszłam na odległość metra dopiero zobaczyłam, że to Agata, KK i część zespołu. Powitania, powitania…. Zaplecze –jak na taki wielki ośrodek śmiesznie małe. Krzysiek miał osobną garderobę może 2m na 1,5 m a chłopcyciut większą. Mało ciekawie… Najpierw „pozałatwiałyśmy sprawy” czyli autografy i zdjęcia, moim telefonem z braku aparatu (mea culpa – zapomniałam powiedzieć żeby Lidka wzięła!). Niemniej niezgorzej wyszły te fotki:)
Krzysiek najwyraźniej miał za dużo energii co było widać ewidentnie już na scenie i chociaż obiecał, że do nas wróci to przepadł. Potem miał wywiad, potem telefony i inne „poważne rozmowy” z muzykami, tak, że trudno go było zatrzymać w biegu, co mi się jednak udało kilka razy, ale był z tego słaby pożytek… Lidka odniosła wrażenie, że my tu chyba przeszkadzamy... Tłumaczyłam jej że tak czasem jest...
Rozmawiałyśmy trochę z Sebastianem o saksofonie i nie tylko;), musiałam go pochwalić że tak pięknie grał i jak wiele wnosi ten saksofon do aranżu oraz zapewniłam że się zrehabilitował za żarcik – temat znowu powrócił na chwilę…
Agatę też zagadnęłam o przesyłkę urodzinową, ale okazało się, że nie miała okazji jeszczebyć w Kayaxie przez wyjazdem z KK.
Z Krzyśkiem na koniec zamieniłam kilka zdań m.in. upewniając się czy płyta z BB wyjdzie na pewno przed autorską, w co z lekka zwątpiłam po jego oświadczeniu ze sceny, że już niedługo przyjedzie z zupełnie nowym materiałem. No, w praktyce okazuje się że jeszcze trochę trzeba poczekać, a płyta z BB na pewno będzie pierwsza. Rozmowa zeszła też na temat nowej piosenki i płyty Piaska. KK dopytywał kiedy premiera i był bardzo pozytywnie nastawiony – pewnie kupi tą płytę;) I dobrze!
I tak: sprzęt spakowany, everybody ready – pożegnałyśmy się i wyruszyłyśmy w drogę powrotną do Konina w ciemności i deszczu. Dalszy ciąg wieczoru upłynął spokojnie w domu Lidki, a nazajutrz w południe wsiadłam w pociąg powrotny do Poznania.
Dziękuję pięknie Krzysztofowi i zespołowi za niezapomniane wrażenia;), Agacie za opiekę i wejściówki, Lidce i jej rodzince za miłe towarzystwo i gościnę.