Aktualności arrow Relacje arrow Relacje z koncertów Rok 2009 arrow 23 stycznia: Zielona - kraina swingowych czarów
23 stycznia: Zielona - kraina swingowych czarów

            

Alicja zaciekawiona gdzie mieszka biały królik zapędziła się do świata czarów i rzeczy bardzo dziwnych. Czy to była prawda, sen, marzenie? Możemy czytać tą opowieść i mieć własną interpretację, natomiast na pewno możemy stwierdzić jedno: była ona piękna i niepowtarzalna. Zastanawiacie się dlaczego to piszę? Otóż czuję się trochę jak ta Alicja;), nie wiem czy powróciłam z krainy czarów czy to się działo naprawdę…

Moja opowieść zaczyna się w momencie kiedy dostałam maila od KK informującego o koncercie z Big Bandem Jerzego Szymaniuka w Zielonej Górze 23 stycznia. Od razu zapewniał, że na pewno zaproszenia dla Fan Clubu będą. Wtedy w zasadzie nie byłam taka chętna, żeby pojechać, ot przyjęłam do wiadomości i do wiadomości podałam. Chętne były dwie: Ewelka i Basia. Koniec końców, bez specjalnego entuzjazmu, ale zdecydowałam się, że też pojadę. Nie miałam ochoty, nie miałam ochoty na ten koncert, na żaden koncert. Tak nie raz bywa… W związku z czym – pojechałam;) Pomyślałam tak: przynajmniej zobaczę się z Ewelką no i z Krzyśkiem oczywiście… Poza tym  jest u mnie regułą, że jak mi się tak strasznie nie chce jechać to będzie na bank fantastycznie;)Nie mogłam tego zlekceważyć… I oczywiście miałam rację.

Już w pociągu nuta nastrojów zaczęła pobrzmiewać bardziej optymistycznie. Zielona – czarodziejska Góra powitała mnie trochę melancholijnym uśmiechem (było tak listopadowo) i przemiłym taksówkarzem, który okazał się bardzo pomocny w pewnej sprawie;). Natomiast biedna Ewelka  była katowana przez „stugodzinne zebranie” występując tam na kilku zastępstwach i co jakiś czas pisała dramatyczno-komiczne esy. Wolna była dopiero ok. 14-tej a u mnie w hotelu złądowała wymordowana po 17-tej, bo dodatkowy pech – uciekł jej autobus z Nowej  Soli. W międzyczasie odebrałam sms od Basi w którym pytała gdzie i o której jest ten koncert i czy wiem to od Krzyśka. Z lekka zdębiałam, bo raczej wszelkie info otrzymała. Ją z kolei zdezorientowała informacja o jam session Big Bandu i Krzysztofa w Hotelu Ruben po 21:30. Ja wiedziałam o tym, ale jakoś nie skojarzyłam, że mogła i ona na to info wpaść. Koncert oczywiście był w Auli Uniwersyteckiej o 19-tej.

Należało być wcześniej bo na zaproszeniach„wyłącznie dla pracowników UZ”;), nie było numeracji miejsc. Basia miała ze sobą ekipę 3 osób, ponieważ na nas 3 dostałyśmy 6 szt. zaproszeń, jakby było oczywiste, że każdy kogoś zabierze. Ponieważ ani ja ani Ewelka nie miałyśmy takowych chętnych, tym bardziej, że to się okazało, kilka dni przed koncertem; Basi jako „człowiekowi lokalnemu” było łatwiej zabrać kogoś. Spotkałyśmy się wszystkie w holu, gdzie panie sprawdzające zaproszenia musiały być bardzo dokładne, ponieważ i zaproszenia i programy były identyczne graficznie i kolorystycznie a nawet prawie równe w wymiarach;) Basia z ekipą odbiła na chwilę, my z Ewelką wchodzimy na salę od lewej strony, więc stwierdziłam, że trzeba być po prawej, bo tak się umówiłam z KK, że po koncercie będziemy tam czekać. Przeszłyśmy przez  bardzo słabo jeszcze zaludnioną salę na stronę prawą i po krótkiej konsternacji co wybrać: lepszą jakość odsłuchową czy lepszą „widokową”, stanęło jednak na tej drugiej i chciałyśmy iść w stronę 4 rzędu, kiedy usłyszałam z tyłu: „Halo, halo”. Oglądamy się a tam KK na szczycie „górki” (siedzenia schodziły w dół jak w kinie), ale zapewne jedynie my mogłyśmy go rozpoznać w tym „kamuflażu”;) a la „szpieg z krainy deszczowców” + bejsbolówka:) Super wyglądał;) Wyraziłam swoją obawę o fajnie postawiony fryz, który mogła zniweczyć ta czapeczka, ale KK zapewnił, że ma odpowiedni „sprzęt” żeby go na nowo ogarnąć;) Trochę wypatrywał znajomych, których zaprosił i obawiał się, że jest ich za dużo żeby wszystkim poświęcić chwilę po koncercie. Pogadaliśmy trochę (zanim pojawił się znajomy „lekarz od gitar” – jak określił go Krzysiek). KK powiedział, że niestety sala nie ma najlepszej akustyki. Po czym obejrzał program i stwierdził, że już wszystko wiemy. Niemniej nie wiedziałyśmy np. że pierwsze 20 min będzie grał sam Big Band. Potem jeszcze dodał, że „Fever” to niestety nie jego tonacja (za niskie), ale hohoho to nie było wcale przeszkodą….

Tak, więc zostałyśmy porzucone dla „lekarza gitarowego”, wobec czego udałyśmy się na miejsca. Po chwili przyszła Basia z ekipą i stwierdziła, że korzystniej byłoby iść wyżej, bo będzie lepiej słychać. Ja nie chciałam bo ostatecznie, żeby wszystko opisać musiałam dobrze widzieć, a Ewelka też by nic nie pstryknęła z tak daleka. Powiedziałam Basi, że przecież one mogą iść jak chcą, ale jednak zostały. Głównie „bałyśmy się” prawego głośnika, bo byłyśmy trochę za blisko niego. Jednak jak się okazało było słychać nieźle i z tą akustyką też nie było aż tak najgorzej, powiedziałabym, że nawet dobrze było.Na początku koncertu coś nie grało bo Pan Szymaniak kiwnął do tyłu do dźwiękowca, że niżej czy mniej(?)

Koncert zaczął się z malutkim poślizgiem. Obawiałyśmy się z Ewelką, że będą jakieś długie wstępy, ale nie. Były gratulacje dla Big Bandu i Jerzego Szymaniuka oraz kwiaty i podziękowania dla Tych którzy wspierają rodziny uniwersyteckie posiadające ciężko chore dzieci, gdyż często są to rodziny których nie stać na kosztowne leczenie swoich dzieci. Uniwersytet Zielonogórski corocznie organizuje taki koncert na rzecz dzieci wspólnie z Big Bandem. Została też przypomniana historia współpracy Krzysztofa z Bandem. Wszystko trwało może z 10 min. Następnie były króciutkie podziękowania Pana Szymaniuka i od razu zapowiedź pierwszego punktu programu „muzycznej pocztówki”. Była to kompilacja słynnych swingowych standardów, na razie bez KK.

I tu zaczęłam już mieć słabą orientację w tym gdzie jestem – były tylko zaczarowane dźwięki. Dobrze, że było ciemno bo jakby ktoś dowcipny z ukrytej kamery sfilmował moje miny to byłaby podejrzewam niezła komedia. Czy o Big Bandzie wypada powiedzieć, że „daje czadu”? Bo nie wiem jak to inaczej nazwać. Kraina czarów. Ja przecież bardzo słabo się znam na tej muzyce. Dla mnie to jest zawsze tak samo niesamowite słyszeć i widzieć jak oni grają! Alicja w krainie czarów nie była bardziej zadziwiona – niemożliwe;) Muzyka, która jest jednocześnie bardzo stylowa i bardzo zmysłowa i porywająca. Kojarzy się z salonami i z klubami również, jest jak rytm krwi, jak powiew powietrza, jak życie! Panowie mieli liczne solówki nagradzane za każdym razem gromkimi brawami. Najbardziej nas zadziwił perkusista, który zagrał dobre 10 min improwizując. Zaczęłam się bać o tą perkusję czy przetrwa. Ale najbardziej podobały mi się „występy” saksofonistów, acha i niebywale mnie wzruszył pan grający na trąbce, który w pewnym momencie zabrzmiał bardzo lirycznie. Ach i rewelacyjny kontrabas i można by jeszcze wymieniać.... –wszyscy byli świetni. Jednym słowem trudno było nadążyć za własnymi emocjami zmieniającymi się jak w kalejdoskopie. Z przyjemnością też obserwowałam dyrygowanie Pana Szymaniuka. Co prawda nie miał pałeczki przez większość czasu (nie wiem od czego to zależy, że raz miał raz nie miał), ale wyglądało to trochę jakby czarował. Takie gesty jakby jedną ręką zamykał i zaraz otwierał książkę np. Zupełnie inaczej to wygląda niż dyrygowanie orkiestrą symfoniczną, bynajmniej na moje laickie oko;)

 

Kiedy część koncertu bez KK zakończyła się, zapowiedziano „bardzo wybitnego artystę” i na scenie pojawił się Krzysztof. Wyraził swoją radość, że może ponownie wystąpić z Big Bandem z którym tyle lat współpracował oraz nadzieję, że to co zaśpiewa się nam spodoba (jakby mogło być inaczej;)). Nie chciał długo mówić stwierdzając: „nie jestem zbyt dobrym oratorem i lepiej wyrażam się śpiewając”.  Pierwsze zabrzmiało „Fever” Presleya i w tym momencie nie dość, że całkowicie mnie ścięło i zamurowało jednocześnie – z zachwytu oczywiście; to po raz pierwszy od niewiadomo kiedy miałam dreszcze na koncercie. Nie wiem o co chodziło KK z ta tonacją, bo wyszło rewelacyjnie. A potem już było „coraz gorzej”, przy czym „najgorzej” było przy moim UKOCHANYM „I Can’t Stop Loving You” w tej rewelacyjne aranżacji. Krótko: już dla tej jednej piosenki było warto przyjechać. Mogłabym tego słuchać 800 razy dziennie albo i więcej. I tak zrobię jak tylko WRESZCIE wyjdzie płyta z Big Bandem (KK obiecuje że w tym roku), bo ta piosenka tam będzie. Publiczności uniwersyteckiej również ten utwór najbardziej przypadł do gustu.

Ponadto usłyszeliśmy (nie takiej kolejności – właściwej nie pomnę) słynne „I’ve Got You Under My Skin” Sinatry, „Relax” (tego należałoby słuchać codziennie i przestać się czymkolwiek stresować;)),  przepiękną pieśń Raya Charlesa „Georgia On My Mind”, „Almost Like Being In Love”, „Baby Won’t You Please Come Home”, „Summer Wind”, romantyczne „In The Wee Small Hours Of The Morning” oraz piosenkę o słynnej drodze 66 w USA “Route 66, która chyba była jedynym utworem ciut nudnawym dla mnie… Nie obyło się bez bisów. Krzysztof zaśpiewał „Misty".

Brawa, brawa, brawa, no ale to już naprawdę był koniec.Przeleciało jak 5 min! Nie mogłam w to uwierzyć.To chyba naprawdę były jakieś czary;)

Podziękowania tym razem dla Krzysztofa i przepiękne kwiaty (od razu pomyślałam „ups - problem” wiedząc, że KK nie czuje się najlepiej z kwiatami;))

Ludzie zaczęli „uciekać” z sali i niestety w tempie perszinga zwiała gdzieś Basia z ekipą. Ja się zdziwiłam „gdzie one poleciały”? Nie zdążyłam nic powiedzieć, żeby zostały bo czekamy na KK. Ewelka miała hipotezę, poniekąd dość prawdopodobną, że poszły do znajomych muzyków. Chciałam zadzwonić, ale zasugerowałam się tym trochę. Sądziłam też, że się odezwą. Ewelka powiedziała, że może nie chciały. W każdym razie „mea culpa” bo ja prowadzę ten FC i powinnam sprawdzić co jest. Bo wyszło średnio: Basia i ekipa poleciały „tam gdzie król…” a potem czekały na nas na zewnątrz o czym dowiedziałam się będąc już w hotelu:( Swoją drogą szkoda, że one też nie sprawdziły co jest i gdzie my jesteśmy. Nie wiem jak mam się tłumaczyć, fakt że byłam trochę „zakręcona” przez tą muzykę …, a Ewelka dodatkowo przez stugodzinne zebranie. A najlepszym dowodem naszego „zakręcenia” jest brak zdjęć z KK na koniec, które zwyczajowo robimy. Niby Ewelce siadała bateria w aparacie – to  ale de facto nie pomyślałyśmy o tym nawet. A co do rozminięcia się z Basią i ekipą to ze swojej strony obiecuję, że takie coś się już nie powtórzy i będę myśleć „za wszystkich” trzeba czy nie trzeba;)

W każdym razie. My z Ewelką zaczekałyśmy na KK po prawej stronie sceny jak było umówione. Inni ludzie też czekali na muzyków. Pan Szymaniak spotkał się ze sporą grupką znajomych i porobił sobie z nimi zdjęcia. Krzysiek wyszedł zza sceny po jakiś 15 minutach może i na pierwszym planie miał grupę swoich znajomych z którymi wymienił kilka zdań. Po czym podszedł do nas. Miał ze sobą ten bukiet. Wyrażając konsternację że jesteśmy dwie, wręczył go mnie żartując że może się podzielimy? „Nie czuję się za dobrze dostając kwiaty”, powiedział. Osobiście też uważam za średni pomysł wręczanie kwiatów mężczyznom, ale z drugiej strony co innego wręczyć jeśli rzecz dzieje się na estradzie? Tak się po prostu utarło.

Nie było zbyt wiele czasu ot tyle póki spakuje się Big Band. Potem zaraz mieli razem jechać do hotelu Ruben na jam session + bankiet – już ściśle zamkniętą imprezę dla Big Bandu i „wybranych”.  Chwilę porozmawialiśmy o tem i owem i ja nadal „zakręcona” nawet słowem nie nadmieniłam nic o koncercie. Aż KK musiał się delikatnie dopomnieć o jakieś wrażenia, a ja nie umiałam nic powiedzieć tak na poczekaniu prócz „było SUPER!”Jak Ola z przedszkola:D Zaczarowana Ola;)Niemniej teraz się  zrehabilitowałam;) Ewelka była chyba zbyt padnięta by coś mówić.

Krzysiek powiedział, że mylił się w tekstach. Ja zauważyłam to tylko raz. Pocieszyłam go, że ludzie nie znają po pierwsze angielskiego tak dobrze a po drugie oryginału. Chyba tylko Wer i podobni znawcy zarówno języka jak i oryginałów utworów mogliby to wychwycić. Zapytałam jeszcze o prezent urodzinowy, bo przecież  Artysta też mi napisał jak Olek z przedszkola „Super!, dzięki” i obiecał napisać coś więcej ale…. nie wyszło;) Niemiej przekazuję Wam – którzyście wtajemniczeni;), że było ogromne zaskoczenie i zadziwienie. Jeszcze nie została wybrana żadna opcja – myśli - trudno zdecydować, ale ja potem mu przypomniałam, że teraz to już powoli trzeba się spieszyć bo o ile koduję to tam był termin do marca 2009, a jeśli się ktoś nie zmieści to atrakcja przepada

Tyle, pozostało się pożegnać. Ewelka miała przed sobą biedaczka drogę do….. Wrocka jeszcze w nocy, bo musiała być tam rano, ale było jeszcze trochę czasu więc poszłyśmy do mnie do hotelu na małą kolację. A te kwiaty z nami. Kwiaty były zadziwiające też, bo w sumie spędziły bez wody z dwie godziny i wyglądały jak co dopiero ścięte! Absolutnie przepiękny bukiet z różnorakich kwiatów. Ewelka nie chciała ani połowy ani nawet jednego kwiatka. Pozostałam z dylematem: czy aby to dojedzie do Poznania. Bardzo możliwe, że to były jakieś zaczarowane kwiaty i mogłabym zaryzykować, ale miałam jeszcze jeden dobry powód, żeby z kolei znaleźć im bardzo adekwatne miejsce właśnie w Zielonej. Co też uczyniłam dnia następnego rano. Pociąg jadący przez moją wieś miałam dopiero o 14-tej, tak, że korzystając z okazji zwiedzałam trochę miasto. Przestało padać, wyszło słońce i zaczarowana swingiem Zielona mówiła do mnie: „A widzisz jak było fajnie!”

Na zawsze polubiłam tą krainę czarów. I czegóż mogłabym innego słuchać w pociągu przez 2,5 godziny jak nie KK! Bliżej Poznania zaczęło się robić pochmurno, ale ja ciągle widziałam wszystko na kolorowo wbrew temu co widziałam rzeczywiście za oknem: pola zalane kałużami wody i szarawe mgły…

„Bo Ty jesteś Czarodziejem, co stwarza czas który nie istnieje, gdzie znikam raz po raz by odnaleźć siebie”, tak napisałam w urodzinowym wierszu dla Krzyśka, ale chyba dopiero teraz odkryłam głębszy sens tych słów. Odnalazłam siebie – odnalazłam radość życia której ostatnio tak bardzo mi brakowało… DZIĘKUJĘ Krzysiek – za to i za wszystko! You know what I mean;)

Dziękuję tez Ewelce, Basi i ekipie, za towarzystwo. Miłym ludzikom z Zielonej z hotelu, taksówek i sklepów. Zapewne tam się jeszcze pojawię za sprawą BB i KK;)

Monika S.

 

 

 

 

 
« poprzedni artykuł
Joomla Templates by Joomlashack