Szukaj na stronie...

Logowanie






Nie pamiętasz hasła?
Aktualności arrow Relacje arrow Koncerty arrow 2008 arrow 12.05.2007 Zielona Góra
12.05.2007 Zielona Góra

 

Krzysztof w sercu jazzu i bluesa

 

 

Pewnego dnia dostałam sms od Ewelki: "Hej, jestem w Zielonej Górze i widzę mega-plakat KK. Nie wiesz o co chodzi?" Nie wiedziałam:( Ewelka zbadała sprawę dalej i okazało się, że Krzysztof Kiljański wystąpi z zespołem Old Friends Orcherstra podczas Gali Reportażystów w Filharmonii. Spytałam Krzyśka, ale on twierdził, że gościnnie tylko zaśpiewa może 3 piosenki. Hmm, każdy rozsądny pomyślałby: "nie opłaca się jechać",  jednak jakoś tak mimo wszystko coś mnie wewnętrznie ciągnęło do Zielonej Góry...
 

Coś w tym przeczuciu musiało być bo mniej więcej w tydzień później dostałam sms od KK, że jednak koncert w Zielonej Górze potrwa ok. 50 min. Było to akurat po koncercie Piaska i biedne dziewczyny z FC Andrzeja musiały wysłuchać moich  głośnych myśli  na temat jak i z kim jechać spowodowanych nagłymi emocjami. Nic to, one są przyzwyczajone, że "rozdwajam się pomiędzy dwoma artystami;). Wiedziałam już od razu, że nie mogę nie jechać na TAKI koncert, bo po kilku z rzędu koncertach Piaska stęskniłam się za czymś wykwintnym. Piasek jest czekoladki a KK jak świetne wino, które najlepiej smakuje tylko w odpowiedniej oprawie i nastroju:) Po drugie na  koncercie z Zielonej Górze KK miał śpiewać standardy jazzu i bluesa co z góry przesądzało, że w jego wykonaniu będzie to
REWELACJA, poza tym to nie zdarza się często.  

Martwiło mnie tylko to, że chyba pojadę sama a w najlepszym wypadku z Ewelką. Fanki Piaska nie chciały wierzyć, że nie znajdą się chętni i okazało się, że miały rację gdyż ostatecznie uzbierała się niezła ekipa. Udało się zarezerwować niezłe bilety -  w 7 rzędzie, udało się znaleźć pociągi  i busy, które wracają tego samego dnia, co znacznie obniżyło koszty eskapady. Co prawda w niektórych przypadkach było to dość karkołomne przedsięwzięcie, bo w sumie 16 h w pociągu, jednak na pewno nikt nie powie, że nie było warto.  W Zielonej powitała mnie Basia - czyli "człek lokalny", która oszczędziła naszej ekipie poszukiwań pt."gdzie iść zjeść, a gdzie iść posiedzieć". Za jakąś godzinkę dobiła Ewelina a za dwie godziny dziewczyny z dalekich stron czyli Monia z Krakowa i Monika z Chorzowa z koleżanką Olą. Wstępnie byłyśmy umówione z KK przed próbą między 15 a 16, że gdzieś blisko Filharmonii się spotkamy.

Poszłyśmy do, według Basi, jedynego sensownego miejsca, które było jednocześnie niedaleko. Rozmawiałyśmy sobie wesoło czekając na rozwój wydarzeń. Próbowałam dzwonić i napisałam w końcu sms do KK gdzie jesteśmy. Nagle Basia zauważyła, że on właśnie wchodzi, ale nie sam.  "I can't believe this!" -  powiedział na nasz widok Krzysztof. Zabawne. Okazało się, że coś było nie tak z komórką która się zresetowała, tak ze ani tel. ani esów. Niemniej wziął muzyków z Grupy Operacyjnej na spotkanie właśnie do  Royala  (pewnie dlatego, że to jedyne sensowne miejsce w pobliżu Filharmonii). KK powiedział że za 15 min. będzie wolny i posiedzi z nami. Cóż to 15 min
trochę się przedłużyło i praktycznie o 16-tej do nas dopiero dołączył. Czyli de facto urwał  kawałek z próby, żeby się z nami spotkać. Potem nie byłoby już możliwości, gdyż po koncercie była nieoficjalna część imprezy 20 km za Zieloną Górą. Naprawdę doceniamy.

Miło się rozmawiało choć tak krótko, ale naprawdę już musiał nas opuścić. Próba była konieczna bo Krzysztof nie śpiewał zespołem Szymaniuka ponad 2 lata. Pozostało spędzić jakoś czas do koncertu. Niby było to dużo czasu a jednak w tak miłym i wesołym gronie przeleciało niczym pół godz. Pochodziłyśmy po deptaku, gdzie koleżanka Ola urządzała nam sesje zdjęciowe:D. Zielona Góra, z tego co widziałam jest sympatycznym miastem takim trochę w stylu Opola, chociaż Opole podobało mi się bardziej. Poszłyśmy na obiad i tak spokojnie potem już do Filharmonii.  Budynek filharmonii z zewnątrz przypomina kamieniczki, ale wewnątrz jest to bardzo piękną nowoczesna architektura. Sala w której miała być Gala nie była duża, średnia, na około 400 osób, fotele  kinowe, ale z lekka twardawe. Co ciekawe na każdym było nazwisko bądź nazwa jego fundatora:). Na scenie już dawno poustawiane instrumenty: klawisze, kontrabas, perkusja, gitara, puzon, trąbka. W tle elementy scenografii wyglądające trochę jak...kaloryfery, które jednak sprawdziły się świetnie w roli stwarzania klimatu pulsującymi kolorami, podobnie jak automatyczne, małe reflektorki obracające się na wszystkie strony.  

Kilka minut po 19-tej na scenie pojawili się konferansjerzy i nastąpił początek nudnej i długiej jak nam się wydawało ceremonii wręczania Melchiorów reportażystom z lokalnych stacji radiowych. I tu się myliłyśmy, bo po pierwsze - o dziwo, nie było to wcale nudne i sztywne. Jednak co radiowcy to radiowcy. Nawet w strojach panowała duża swoboda. Owszem były "wyjściowe" w większości, ale bez sztampy. Sądzę, że my, które ze względu na podróż pociągiem musiałyśmy "wypośrodkować" w ubiorze wpasowałyśmy się tam idealnie:).

Ceremonia nie była nudna, a dodatkowo, w przerwach między kategoriami grali Old Friends Orchestra  - i to JAK! Ktokolwiek odbierał nagrodę podkreślał, że czegoś się nowego dowiedział, coś ciekawego przeżył i ma nadzieję słuchacze z nim, dzięki nagrodzonemu reportażowi. Podobno mamy najlepszy reportaż radiowy w Europie! Rzeczywiście sama nieraz słucham reportaży radiowych, tak  przy okazji  jak coś robię i mogę stwierdzić, że nie są one rozkrzyczane i żądne sensacji jak te telewizyjne. One mają swoją duszą i swój świat do którego wpuszczają słuchacza. A w nim trochę zawsze z tego świata i tych przeżyć zostaje, choćby to była jedna myśl, jedna refleksja....
 
Gdy część oficjalna po dobrej godzince dobiegła końca   zapowiedziany został KK z zespołem Old Friends Orchestra. W składzie instrumentów kontrabas zastąpiła gitara basowa. Krzysztof zapowiadając występ wyraził obawę, że być może niektórych rozczaruje, bo nie będzie to In the Room, ale za to będą mogli się przekonać  jak śpiewał Kiljański zanim nagrał tą płytę . Określił repertuar tytułem "Od Sinatry do Presley'a", poniekąd znajomym nam   fanom jako ten śpiewany na Tajwanie. Pierwszy utwór   bardzo energiczny blues. Wybaczcie ale ja z wrażenia nie zapamiętałam prawie żadnych tytułów i oryginalnych wykonawców. Po prostu to było tak szokujące i niesamowite zobaczyć i słyszeć KK w takim  wcieleniu , że siedziałam jak zaczarowana. Widać było od pierwszych minut, że ta muzyka to jego żywioł, jakieś naturalne wręcz środowisko w którym czuje się zupełnie swobodnie i wspaniale.  To był totalnie inny Krzysztof, tak inny, że miałam wrażenie. że to zupełnie inna osoba. Płynęły kolejne standardy mniej lub bardzie
znane: Sinatry, Presleya, Nat King Cole a i kilku innych znakomitości. Tymczasem ja doznawałam dziwnych przeżyć. Z jednej strony niewątpliwie na kolana rzucający zachwycający i porywający wokal, pełen emocji i werwy, wspomagany fantastyczną grą zespołu w oryginalnych aranżach. Nie czułam się jakbym siedziała gdzieś w Zielonej Górze czułam się co najmniej jak w Nowym Jorku na występie najświetniejszej z gwiazd. KK był w żywiole, który go niósł. To była przedziwna mieszanka wzruszenia, energii i po prostu piękna. Wszystko w nim mówiło, że całą duszą kocha tą muzykę. To się czuło   to emanowało z każdego ruchu i z każdej wyśpiewanej nuty.

Z drugiej strony natomiast wszystko to było  w jakiś sposób ..... przytłaczające. To znaczy KK wydawał się być niepokonany, najwspanialszy, i to  od niego biło oślepiającym blaskiem. Do tego stopnia, że trudno mi było pojąć dlaczego ktoś kto tak rewelacyjnie śpiewa jazz i blues nagle rzucił to dla popu, a poza tym kompletną bzdurą wydawało mi się to, że tej klasy artysta może się zadawać bliżej czy nawet przyjaźnić z takimi ludkami jak my. I poczułam się dziwnie z tym. Ja wiem że to brzmi cokolwiek abstrakcyjnie i irracjonalnie, może bardzo dziwnie, ale świadczy tylko o tym jak WIELKIE wrażenie zrobił na mnie ten koncert KK, który pokazał chyba to najprawdziwsze "serce muzyczne", które w nim bije. Jest to serce wielkie, pełne mocy i ducha, pełne piękna które się udziela i pozostaje już na zawsze w słuchaczu. I teraz dopiero rozumiem Basię, która bardzo dawno temu już pisała na forum, że zna KK z  jazzowych czasów  i że woli go takiego. Przyznaję, że ja od teraz też.

 


I tu się dopiero rozpoczyna, moje i nie tylko moje "romantyczne cierpienie", bo takie koncerty prawie się już nie zdarzają, a nigdzie na płycie takiego KK nie posłucham. Chyba, że kiedyś, rzeczywiście wyda taką. Ale to wcale nie takie proste. Chyba jedyną moją nadzieją jest to, że takie "serce" zabije choćby z cicha na nowej płycie. Bo jeśli jest to płyta autorska to jest to prawie nieuniknione wręcz. Nie chcę przez to stwierdzić, że ta nowość marzyłaby mi się w stylizacji a la Old Friends Orchestra, nie. Chodzi mi o TEGO ducha, te emocje, to piękno, to przykuwające zniewolenie w zachwycie, które prawie zabija.  Nie zrozumcie mnie źle. Ja kocham In the Room, ale zawsze miałam wrażenie, że  to nie wszystko  co Krzysztof Kiljański może pokazać. I miałam rację.  Nie wiem może za duże mam wyobrażenia. Nie jest jednak tak, żebym nie pokochała każdej nowej muzy KK, jednak na zawsze będę już tęsknić za tym jazzowo-bluesowym sercem muzycznym i mam nadzieję że jego bicie jeszcze usłyszę jeśli nie z Old Friendsami to w nowych kompozycjach KK - na tej czy na następnych płytach.

Zejdźmy może jednak na ziemię... Koncert niestety się skończył. A zakończyła go zupełnie  niesamowicie zaaranżowana  I Can t Stop Loving You . To prawie podchodziło pod hip-hopowe brzmienia, ale jednocześnie miało "All that jazz"  i to była idealna mieszanka. Przerażająco szybko się ten koncert skończył, a ja bardzo długo trwałam w dziwnym stanie ni to szoku ni to zadziwienia, mimo iż normalnie rozmawiałam z dziewczynami. I właśnie z tych rozmów przy piwie, ponownie w Royalu, wynikało, że wszyscy są w zupełnie podobnym stanie:) Największym naszym bólem było to , że nie będziemy mogły tego teraz posłuchaćL, a największą radością to że przyjechałyśmy.  Jeśli o mnie chodzi, to ten koncert zrobił na mnie największe wrażenie ze wszystkich koncertów KK na których bylam. Byłyśmy co prawda na koncercie jazzowym w NOK-u w Warszawie, gdzie KK śpiewał Sinatrę, ale wtedy mimo iż bardzo mi się podobało, nie rzucił mnie tak totalnie na kolana jak tym razem.  
 
Dziękuję Ewelinie, która  wyśledziła  koncert na czas, jak na  Szpiega z Nowej Soli  przystało, Basi która kupiła bilety i była naszym  wszechwiedzącym  o Zielonej, Monii, Monice i Oli - czyli  "dziewczynom ze stron odległych"  za to ze przywróciły mi wiarę w mobilność fanów KK wykazując się ogromnym entuzjazmem i fantazją:), a wszystkim za przemiłe chwile w Zielonej i w pociągu:) 

 

/Monika.S./
 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Joomla Templates by Joomlashack