|
There are no translations available
Koncert za Bugiem - czyli "niespodzianki" zapewnione
Białystok??!!Toż to prawie Białoruś! Znajomi i rodzina robili okrągłe oczy jak powiedziałam, że tam jadę. Kiedy wyjaśniłam, że na koncert, było tylko takie "Acha..." czyli wszystko jasne i pytanie: "Piasek czy Kiljański?", bo wiadomo wszystkim, że tylko dla nich jestem w stanie przejechać prawie 500 km.:D
Ten koncert mi się marzył - spadł mi z nieba w odpowiednim momencie, a Kasia sprawiła, że udało się jednak pojechać. Złota kobieto dzięki stukrotne! Nie mogłam się doczekać piątku. W międzyczasie okazało się, że jeśli KK pojedzie pociągiem to będzie to ten sam, którym ja chciałam pojechać. Jednak do końca nie było wiadomo czy przypadkiem gitarzysta na zastępstwie za nowego Artura naprawi czy nie naprawi swój pojazd, który akurat nawalił. Zależało mu, bo musiał zabrać 2 gitary i wzmacniacz - dość niewygodne w podroży pociągiem. Wsiadłam więc w Poznaniu, zaczęłam czytać, zajechał pan z herbatką aż tu słyszę.... "Prócz Ciebie Nic" , czyli dzwonek oznaczając wiadomo kogo;) Tak, więc: pechowo dla Maćka (gitarzysta) szczęśliwie dla nas, samochód nie chciał jechać do Warszawy, dzięki czemu mieliśmy też jak z nieba dodatkowy czas gratis, żeby pogadać. Wiadomo było, że w Białymstoku może być z tym bardzo cienko... Trzy godziny przeleciały niewiadomo kiedy:).
W Warszawie nasze drogi się rozeszły. Ja byłam umówiona z Kasią w Hard Rock Cafe o 14, Krzysiek miał o 12 startować busem z muzykami. W międzyczasie poszłam zwiedzać Złote Tarasy. Podoba mi się i to jak!! Absolutny plus dla Warszawy. Pięknie z zewnątrz i wewnątrz architektura jest rewelacja i ta przestrzeń! Czasu starczyło na pobieżne przejrzenie całości i szybki grecki lunch.Hard Rock Cafe - też w Tarasach, ciekawe miejsce - są tam gitary i inne atrybuty słynnych muzyków, takich jak Bono, Bee Gees, Sting. Kasia napstrykała zdjęć dla koleżanek i kupiła bluzy dla synów. Około 14:20 ruszyłyśmy z Warszawy w kierunku północno-wschodnim. Piątek, najgorszy dzień, droga na granicę wschodnią. Miałyśmy wizję, że pojedziemy te 180 km 4 godziny. Ale nie. Mimo iż, utrudniały nam życie tiry i inne ciężarówki jadące na Litwę i Białoruś, nie było najgorzej... W momencie gdy przejechałyśmy most na rzece Bug wybuchnełyśmy śmiechem:"Jesteśmy za Bugiem!":D . Ani ja ani Kasia nie mogłyśmy uwierzyć, że wybrałyśmy się w te strony. Cóż: hasło "Poznaj swój kraj" aktualne nadal dzięki artystom:) Do Białegostoku dotarłyśmy około 16:30. Generalnie miasto jest bardzo w klimatach wschodnich, rozwlekłe, szare, z ładniejszymi akcentami w postaci ciekawych kościołów czy Pałacu Branickich. Należało zlokalizować Teatr Dramatyczny i odebrać wcześniej telefonicznie zaklepane bilety (w 2 rzędzie!). No proste to nie było mimo planu, więc postanowiłyśmy zasięgnąć informacji u ludności lokalnej. Pan o mocno rasowym zaciągającym akcencie wyśpiewał nam drogę do teatru, trzeba przyznać bardzo dokładnie i komunikatywnie. Trafiłyśmy bez problemów. Z biletami w ręce, znowu z niewielką pomocą mieszkańców Białegostoku, acz pochodzących z Trójmiasta, którzy przestrzegli Kasię przez straszną policją białostocką (a propos zamiaru nieprzepisowej jazdy na skróty), dotarłyśmy do naszego hotelu. Przed 19-tą udałyśmy się znaną już trasą do Teatru. Koncert Krzysztofa organizowała Pijalnia Czekolady Wedel na rzecz Kliniki Onkologicznej dla Dzieci w Białymstoku. W holu stały hostessy ze skarbonkami w kształcie serduszek pudełek od czekoladek Wedla. Była też fontanna czekoladowa, w której panie zanurzały szaszłyki z owoców i podawały wszystkim przybyłym na koncert. Cały dochód z biletów oczywiście będzie również przekazany na rzecz szpitala.
Teatr Dramatyczny jest średniej wielkości, a w holu jest wyjątkowo mało miejsca. Tymczasem mijały minuty po godzinie 19 i nic się nie działo sala była zamknięta, a dobiegały z niej odgłosy strojenia się zespołu . Zgromadzona publiczność, która praktycznie w tłoku musiała stać bite pół godziny w holu, ze stoickim spokojem to zniosła. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego w Poznaniu czy w Warszawie. Byłby szum i gadanie i ogólny bunt na statku. Może inna mentalność? A może tam częściej zdarzają się awarie i są przyzwyczajeni? Trzeba przyznać, że ludzie w Białymstoku są jacyś spokojniejsi, milsi i dobrze nastawieni do innych i to jest szczere, a nie z chłodnej angielskiej uprzejmości jak gdzie indziej. Takie miałam wrażenie przynajmniej. Koniec, końców, otworzono drzwi. Pierwsza niespodzianka: przez całą długość sali aż do sceny przebiegało coś na kształt wybiegu dla modelek na wysokości oparć foteli. Czyli idąc tą drogą należało albo skoczyć w odpowiednim momencie w dół albo dość do sceny i zejść schodami. Jako, że siedziałyśmy w drugim rzędzie wybrałyśmy to drugie. Miejsca były prawie z brzegu, ale było bardzo dobrze widać. Hmm, no, co prawda Kasia musiała sobie stworzyć "poduszkę" z torebki, żeby być odpowiednio wysoką:) Kiedy wszyscy się usadowili, na scenę wyszła para prezenterów, która udawała atak śmiechu , dla złagodzenia sytuacji po tak długim opóźnieniu. Ciekawe metody...W każdym razie należy im policzyć na plus, że nie rozwodzili opowiadając o sponsorach itd... tylko w miarę szybciutko wszystkich przedstawili i przeszli do zapowiedzi Krzysztofa. Na scenie pojawili się muzycy. Skład po pierwsze okrojony o chórek , po drugie aż dwóch muzyków zastępujących : wspomniany wcześniej Maciek na gitarach za Artura i również Mariusz Mocarski miał zastępcę tego wieczoru. Maciej elegancko rozstawił sobie pulpit z nutami - grał repertuar pierwszy raz. Początek standardowy - Intro do I don t know.... I wejście Krzysztofa, które sprawiło, że sobie pomyślałam: "I don't know why ...? Brązowy garnitur?" Nie, nie, zaraz po białym nie. Szybka wymiana zdań z Kasią - w czarnym lepiej! Okularów brak - i dobrze;) Niestety, stwierdzam zaraz na początku, że nagłośnienie jest fatalne. Krzysztof po zakończeniu piosenki przeprosił za tak duże opóźnienie i pochwalił publiczność za zdanie testu na wytrzymałość. Następnie wyjaśnił, że opóźnienie spowodowały trudności techniczne.Jak było słychać przez cały koncert nie przezwyciężone do końca. Mało tego. Następne niespodzianki: 5 razy wysiadał mikrofon. Krzysiek zręcznie, żartował z sytuacji nazywając Bartka, który użyczał mu mikrofonu - wybawicielem i prawdziwym przyjacielem, innym razem proponował, że to może on zaśpiewa bez mikrofonu, ale chyba potem musiałby zamienić struny głosowe na gitarę np. Także brak chórka sprawiał, że brzmienie utworów było jakieś niepełne. Natomiast Maciek na zastępstwie radził sobie świetnie. Grał inaczej niż Witek, ale całkiem fajnie, mimo, że zapewne trema była niezła. Ale co tam! Byłyśmy na koncercie który nam się marzył od tak dawna. Ostatecznie zawsze tak czy inaczej, może nie idealnie brzmiący, ale był to nasz kochany - ukochany artysta na żywo! Program z In the Room był również okrojony, nie było "Pustego Baru" (szkoda) i "The Only One" (Bogu dzięki!). Ja jeszcze przed wyjazdem prosiłam, żeby było "One For My Baby", odpowiedź brzmiała: Będzie na bank! , jednak KK zaskoczył nas bardzo miło wykonując również piosenkę Sinatry, której nigdy na koncertach nie śpiewał, o ile nie pokręciłam jej tytuł brzmi "All My Way" . Była to chyba decyzja dość spontaniczna, tak wynikało z kartki ze spisem utworów, którą Kasia zwinęła po koncercie z podłogi. Tam ta piosenka jest wpisana później pomiędzy utwory: 3 i 4. Nie jest to tak piękny utwór jak "One For My Baby", ale jest ładna i spokojny, no i też tylko z rewelacyjnie brzmiącym nawet przy tych dziwnych warunkach technicznych Piotrusiem na pianinie. Taki surprise wynagrodził inne niedogodności:)
Była też moja tak kiedyś bardzo nielubiana "Infinity Eyes ". I cóż się stało? Nagłośnienie jak wspomniałam nie bardzo, natomiast nie wiem dlaczego, ale ta piosenka zabrzmiała super i została zaśpiewana z taką pasją, że o mało z krzesła nie spadłam i zamurowało mnie tak jakbym pierwszy raz w życiu słyszała moją uwielbioną kołysankę!! Szok. Zupełnie, jakby KK chciał mnieprzekonać ostatecznie już do tego utworu. I chyba mu się udało. Po prostu usłyszałam zupełnie coś innego i inaczej trafiony zatopiony, Panie Kiljański;)Przy "Prócz Ciebie Nic" Krzysztof zaczął się przechadzać po tej promenadzie przez całą salę w poszukiwaniu śpiewających pań i zaszedł aż do ostatniego rzędu podając nawet którejś mikrofon, ale niestety pani się speszyła. Reszta sali prawie nie śpiewała. Artysta podsumował powyższą akcję jako średnie wsparcie w śpiewie, ale za to mocne wsparcie duchowe:) i wyraził nadzieję, że następnym razem będzie na pewno lepiej. Kołysanka tradycyjnie na koniec i JUŻ???? Strasznie krótko nam się to wydawało. Bis był - znowu Sinatra - "My Funny Valentine" . Ludzie zaczęli wychodzić, a ja znając scenariusz: zapewne wywiad, zapewne podpisywanie płyt, nie bawiłam się już w żadne telefony ani szukanie potajemnych przejść. Wysłałam Kasię po nasze okrycia do szatni, a sama po prostu przeskoczyłam scenę do wyjścia dla artystów. "Ale masz refleks!" , przywitała mnie na progu korytarza lekko zdziwiona Agata, na którą omalże nie wpadłam. Musiałam mieć refleks, bo oczywiście pani z TV lokalnej już ustawiała kamerę a publiczność miała ze sceny zapowiedź, że ma czekać w holu na artystę... Jeszcze życzenia zaległe dla Agaty na urodziny i miałam chwilkę, żeby wręczyć pluszowego słonika trzymającego różę w trąbie, który ma być na szczęście, żeby płyta się udała, a potem może być przecież przyszłościowo dla Michałka (co za nietypowe dla mnie poznańskie - praktyczne jednak myślenie!). Słonik bardzo się spodobał - faktycznie jest "śmiszny" i śliczny. Wywiad. Wtedy nadciągnęła Kasia, tą samą drogą co ja - przez scenę. Chwała za brak ochrony! Aczkolwiek w pewnym momencie chyba obie z Agatą pożałowałyśmy, że jej nie ma, bo nagle jak spod ziemi powiła się grupka ludzi, chcących autograf. Tym razem nie miałam refleksu zresztą nie byłam do końca pewna czy mam im coś powiedzieć, za co zostałam z lekka zganiona przez Agatę, że nie pilnuję . No i może fakt, że się zagapiłam. Państwo zostali kulturalnie odesłani do holu, bo Krzyśka i tak nie było - udzielał wywiadu. Garderoba była dramatycznie mała w tym dramatycznym i pełnym dramatów teatrze. Powiedziałabym, że dwie osoby i byłby tłok a gdzie 6 czy 7?! Piotruś się śmiał, że oni są mali i się zmieszczą. No w tym składzie to może z wyjątkiem perkusisty;), który był większych gabarytów. Mój ulubiony pianista pytał się jak koncert czy szło tego słuchać w ogóle. Na moje stwierdzenie, że nie było najlepiej z nagłośnieniem, podsumował, że to był "dramat elektryczny" - bo tu Teatr Dramatyczny a naprzeciwko po drugiej stronie ulicy Zakład Energetyczny w Białymstoku a tym czasem nic nie stykało jak trzeba.:DDD Wszyscy pochwalili Maćka - i słusznie. Był wyraźnie ucieszony z tego powodu. Agata była zdegustowana, podobnie jak my wszyscy akcją z mikrofonami i powiedziała, że NIGDY czegoś takiego nie mieli. Pożartowałyśmy trochę z muzykami, podczas gdy Artysta, podpisywał płyty w holu i po jakimś czasie uznając, że chyba już powinien kończyć udałyśmy się w tamtym kierunku, żeby też sobie pstryknąć zdjęcia. Potem to już zasadniczo sprzęt i prawie wszyscy muzycy byli w busie. Brakowało tylko Krzyśka. Jeszcze chwilę pogadałyśmy z Piotrusiem i zastępującym perkusistą. Przyszedł KK pożegnałyśmy się z nim i wszystkimi i odjechali, natomiast my udałyśmy się do najlepszego chyba w Białymstoku hotelu (żeby nie było, że kryptoreklama;)) na kolację. Kasia, otrzaskana z świetnymi hotelami była zachwycona - co mówi samo za siebie. Jeszcze rozmowy o wszystkim, nie tylko o urodzinach i wrażeniach z wieczoru. Zasnęłyśmy poźno, wstałyśmy wcześnie (8.00) i po śniadaniu w drogę. Każda w swoją stronę. Każda pełna wrażeń. Kto wie, czy nie był to ostatni koncert z repertuarem In the Room? Jednym słowem: BARDZO udana wycieczka! /Monika.S/
|