Search

Log in






Lost Password?
News arrow Fan Reports arrow Meetings arrow 13.08.2006 Giżycko
13.08.2006 Giżycko
There are no translations available

 

"KONCERTOWE LATO" W GIŻYCKU -  WALKA Z ŻYWIOŁEM USKRZYDLA DUCHA

 

 

13.08.2006 wyruszyłam z Kasią z Sopotu, gdzie spędzałam krótkie wakacje w drogę do Giżycka na koncert KK. Droga nie była najlepsza i jak na niedzielę tłok więc w mazurskim miasteczku pojawiłyśmy się dopiero około 16. Koncert miał się rozpocząć o 19. Kasia wybrała odpoczynek w hotelu, a ja stwierdziłam, że skoro już tu jestem to muszę zobaczyć kawałek jeziora chociaż i wybrałam się na spacer nad jezioro Niegocin. Wspaniałe wielkie jezioro, żaglówki, przestrzeń, pełna kontemplacja natury... Nie wiedziałam kiedy zrobiła się 18. Szybko do hotelu, przebrać się i wyruszać na Pl. Piłsudckiego gdzie odbywały się imprezy RMF FM i Tygodnika Naj pod hasłem "Koncertowe lato". 

 

Jak tylko wyszłam z hotelu tak zaczęło lać jak z cebra. Trochę przeczekałam na przystanku autobusowym, ale potem stwierdziłam, że nie ma sensu. Zimno tak znowu nie było. Na placu tłumy ludzi pochowały się pod parasolami RMF i firm gastronomicznych, żeby przeczekać ulewę. Na scenie prowadzący imprezę prosili o cierpliwość (było już po 19...) bo trzeba zabezpieczyć sprzęt. Właśnie. Duże niedopatrzenie ze strony organizatorów polegało na zbudowaniu sceny, która nie miała wysuniętego dachu i nic nie chroniło instrumentów przed zacinającym deszczem. Technicy biegali po scenie, na której para prowadzących starała się na poczekaniu wymyślać coraz to nowe konkursy dla oczekującej publiczności i z różnym rezultatem zabawiać moknący tłum. Odnalazłam Kasię i zaczęłyśmy się zastanawiać czy w tej sytuacji koncert w ogóle się odbędzie... Jest to bardzo niebezpieczne zestawienie: prąd i woda.
Po około 40 min takiej zabawy: techników biegających po scenie i starających się jakoś zabezpieczyć instrumenty i wysiłków już coraz bardziej zmęczonych ciągłym gadaniem prowadzących, deszcz trochę zelżał i na scenie pojawili się muzycy zespołu Krzysztofa. Pani prowadząca podsłuchała ich rozmowę i zacytowała Piotrka: "Albo teraz grać albo już nie!" , jako "męską decyzję" . Po chwili, po krótkiej zapowiedzi Krzysztofa z zespołem, rozległy się pierwsze dźwięki wstępu do "I don't know where life's going". Padało, ale tylko trochę. Tłum pod parasolami nie zmienił liczebności ani trochę. Krzysztof wyraźnie w świetnym humorze wszedł na scenę. Po tej pierwszej piosence przywitał publiczność nie szczędząc jej słów podziwu, że mimo takiej pogody i tego przymusowego dodatkowego oczekiwania są tutaj tak licznie. Popłynęła tak dobrze znana muzyka z  "In the Room" ... Co jakiś czas KK spoglądał w naszą stronę i się uśmiechał, ale nie byłam pewna czy faktycznie do mnie, czy ot tak, mimo,że stałyśmy naprawdę blisko, (co nie stanowi, bo w Piano Bar w drugim rzędzie i tak mnie nie zauważył:)). Po dwóch czy trzech piosenkach przestało padać, co KK przypisał wytrwałości w przepędzaniu deszczu przez publiczność.

Atmosfera mimo wieczornego chłodu była gorąca. Mieszkańcy Giżycka i zapewne liczni turyści reagowali żywiołowo. Krzysztof w doskonałym nastroju dowcipkował jak rzadko kiedy, np. przedstawiając się 7 imionami:). Obok mnie stały takie "Trzy Gracje", które mnie dodatkowo rozbawiały swoimi komentarzami na temat KK. Nie wszystko się nadaje do powtórzenia tutaj..., ale wszystko miało wyrażać  pełne uwielbienie :). "Lokator" porwał jak zwykle wszystkich i rozgrzał. Muzycy przeszli samych siebie. Zastanawiałam czy te instrumenty będą jeszcze do użytku po takim koncercie? Z tak ogromną pasją grali. Było widać, że ta wygrana walka z żywiołem ulewy i ta wytrwałość publiczności oraz jej entuzjazm po prostu ich uskrzydlały! A naszego Artysty nie widziałam na takim luzie od czasu koncertu w Krakowie chyba. Dla przykładu fragment zapowiedzi "Prócz Ciebie Nic" , po stałej historyjce, że Kayah nie mogła być (ponoć miała być rzeczywiście   miała bowiem koncert zaraz po KK, no ale jakoś nie dojechała wcześniej...):"No,wspomóżcie biednego osamotnionego artystę ociekającego deszczem!:))"

Na zakończenie  "Kołysanka"  oczywiście i KK zniknął. "Trzy Gracje"  obok mnie zaczęły skakać i krzyczeć: "Krzysiek! Krzysiek!". Jedna aż się zakrztusiła i podsumowała: "Teraz to już musi wyjść!" . Ja dobrze wiedziałam, że wyjdzie.. Ale! Tu lekkie rozczarowanie bo byłam pewna, że będzie Sinatra na bis, którego nie było w ogóle podczas koncertu, natomiast była to niekochana przeze mnie "Infinity Eyes" . Tymczasem Krzysztof wyszedł i stwierdził:"Nie! To Wy będziecie teraz śpiewać!" . "Prócz Ciebie Nic" . I rzeczywiście, publiczność odśpiewała tę piosenkę od A do Z przy naprawdę niewielkiej pomocy Artysty. To było PIĘKNE!

 

 

Po tak wspaniałym finale KK zniknął już na dobre i znowu małe zaskoczenie: nie pojawił się ponownie, żeby podpisać ewentualnym chętnym płyty..... Czyżby zmiana obyczajów? Chwilę odczekałam i zadzwoniłam do Agaty. Nie słyszała telefonu. Napisałam sms z prośbą, żeby nas wpuściła i dopiero potem zauważyłam, że Kasia mi się gdzieś zagubiła. Jak się potem okazało ona nie skojarzyła faktów, że idziemy do KK! Co prawda nie mówiłam, ale sądziłam, że to oczywiste:). Więc skoro mnie zgubiła poszła do samochodu. Agata odpisała, że za 5 min będzie. Szukam Kasi -  NIC. Dzwonię -  NIC. Agata przyszła, a ja dalej nie mogłam nawiązać kontaktu z Kasią. No to weszłam do tych "namiotów Dżingis-Chana", gdzie były garderoby.

Krzysiek  przywitawszy się radośnie-wylewnie, powiedział: "Od razu po wyjściu na scenę Cię zauważyłem, jak tylko spojrzałem w lewo!", co podsumowałam jako ewenement jednocześnie zadowolona, że uśmiechy leciały jednak do mnie:). Jednak zaraz na początku przeprosił mnie na chwilę by skończyć rozmowę z koleżanką z Estrady Wojskowej. "Matko znowu!", pomyślałam, ale to nie była ta pani co w Opolu tylko inna. Ciekawe ilu członków miała ta Estrada, ale pewnie wielu, więc pewnie na co drugim koncercie ktoś z tegoż zespołu się znajduje...W między czasie wyraźnie "happy" po tak rewelacyjnym koncercie muzycy wpadali jeden po drugim do namiotu witając się i zagadując chwilę. Piotrek się pochwalił, że pochodzi z tych rejonów, koło Olecka, Bartek pytał czy go pamiętam -  nawinęłam do jego feralnego koncertu w Poznaniu, kiedy to tak strasznie był chory biedaczek. Jacek, mój krajan, stonowany ale miły jak wszyscy. A Witka to spotkałam zaraz na wstępie. W końcu udało mi się złapać Kasię na telefonie. Agata dała mi identyfikator i poszłam po nią do barierek. Po chwili przyszedł do nas Krzysztof w towarzystwie........... żółtej pluszowej kaczuszki. Wybuchnęłam śmiechem: "Co to ma być?" . "Dostałem od jednej pani" . I zademonstrował umiejętności zabawki, która po naciśnięciu jej robiła głośne: "Kwa, kwa kwa!" .  Zaczęliśmy rozmawiać, ale oto znowu pojawił się pan z radia na wywiad i pan z TV. KK stwierdził, że "lepiej wszystkich pozałatwiać i spokój"  i przeprosił nas na moment.

Jednak nie było nam dane dłużej porozmawiać, a to "dzięki" organizatorom, którzy nie wiedzieć dlaczego mimo pustych hoteli w Giżycku załatwili artystom i ekipie hotel 20 km od miasta w Rynie. Ale jak to mówią: "Lepszy rydz niż nic" . KK też żałował, mówiąc że to paranoja, że w Opolu nie mógł, a miał hotel na miejscu, a tu może, ale musi jechać z muzykami zaraz jak się zwiną, bo nie ma jak się tam dostać. Ale w przypadku takich koncertów organizator załatwia hotel i oni nie mają nic do gadania. Słowem: "Brawo" RMF i Naj! Jednak trochę pogadaliśmy. Krzysztof przepraszał, że się tak często nie odzywa i że nie zameldował się ponownie na Forum, ale praca nad nową płytą tudzież inne sprawy rodzinne sprawiają, że nieraz musi się całkowicie odłączyć od wszystkiego. Mówił, że nad płytą pracuje ale wtedy kiedy ma wenę, bo chce żeby to naprawdę było coś z czego będzie zadowolony i co będzie się podobało nam. Dlatego nie spieszy się, żeby już tą płytę wydać. Jak będzie wszystko ekstra i gotowe to wtedy. Na mój gust to będzie zima   wiosna. Ale chyba warto poczekać.
 
Rozmawialiśmy też o koncercie i o tym jak rewelacyjnie ludzie śpiewali. "I znowu musiałem Kayah tłumaczyć! Bo miała dojechać wcześniej" , powiedział KK i za chwilę dodał: "A, my tu o Kayah, a ona może obok..."  (drugi  namiot Dżingis-Chana ) i jak na zawołanie usłyszeliśmy  rozśpiewującą się Kasie...Ups!... A do naszego namiotu wleciał Tomik, żeby się przywitać. KK nas (mnie i Kasie) przedstawił i tym sposobem poznałam samego szefa Kayaxu. Bardzo sympatyczny człowiek. Niestety po jakiś 15 min pojawił się Witek z zapytaniem czy KK na pewno z nimi jedzie, bo już byli spakowani w busie i czekali tylko na niego. Trzeba było się żegnać. Agata pozwoliła mi zabrać identyfikator na pamiątkę, na odwrocie którego Krzysztof napisał zdanie iście poetyckie zakończone wielokropkiem, po czym stwierdził: "Nigdy tego nie rozkodujesz!" . Rozkoduję albo i nie... a może właśnie tak lepiej, bo czasem można się rozczarować faktem  co autor miał na myśli , może lepiej samemu sobie "wyczuć i zobaczyć", czyli zinterpretować niż wiedzieć na pewno?;)

Gdy wychodziłyśmy z placu na scenie już energicznie udzielała się Kayah, ale na jej koncercie nie zostałyśmy. Cieszę się, że pojechałam, bo teraz to nieprędko pewnie będą jakiekolwiek koncerty KK. W ogóle był to bardzo udany długi weekend, gdzie główne role należały do przyrody (morze i jeziora) i dwóch moich najukochańszych artystów: Piaska (byłam na koncercie na Molo w Sopocie w sobotę) i KK, w tym z obydwoma udało mi się spotkać i pogadać. Cóż dodać? Tylko tyle: żałujcie, że siedzieliście w domu!

 

/Monika S./


Zdjęcia: interia.pl

 
< Prev   Next >
Joomla Templates by Joomlashack