Szukaj na stronie...

Logowanie






Nie pamiętasz hasła?
Aktualności arrow Relacje arrow Spotkania arrow 07.10.2005 Poznań
07.10.2005 Poznań

 

Byłam trochę nerwowa przed pierwszym koncertem Krzysztofa w Poznaniu i trudno mi się dziwić. To moje miasto i chciałam, żeby wypadło jak najlepiej. Piano Bar, gdzie koncert miał się odbyć był wymarzony przez Monikę Ż. z Poznania i przeze mnie i pamiętam jak rozmawialiśmy o tym w Sopocie z Krzysztofem jak to byłoby fajnie gdyby on mógł tam wystąpić. Ciekawe, może jak w "Precious Memories":  "an angel hears my please"? Tak naprawdę jak się dowiedziałam, że tam ma być koncert w pierwszej chwili pomyślałam, że może Monika miała coś tym wspólnego. Jednak nie,Krzysztof po prostu został właśnie tam zaproszony. Niesamowite: po prostu spełniło się!
 
Byłam tam wcześniej na "przeszpiegi" , żeby w ogóle to miejsce zobaczyć na własne oczy, choć słyszałam o nim tylko same dobre rzeczy. Faktycznie byłam pod wrażeniem tego co zobaczyłam i od razu skojarzył mi się klimat tego wnętrza z klimatycznymi klubami Nowego Jorku. Nie, nie bylam tam, jednak z filmów i moich wyobrażeń to na pewno właśnie tak wygląda! Piano Bar mieści się w słynnym Starym Browarze, wybudowanym przez Państwa Kulczyków. Wiele było wkoło tego szumu i plotek ja jednak zawsze zatrzymuję się na tym, że Poznań tylko zyskał, że ma takie miejsce i że tyle dobrych rzeczy z dziedziny kultury tam się dzieje. Sam budynek, gdzie mieści się Centrum Sztuki i Biznesu oraz właśnie Piano Bar jest zbudowany na bazie oryginalnego budynku starego browaru, ale według zupełnie nowego i bardzo ciekawego projektu zachowującego charakter tamtej architektury, a jednak wnowoczesnym stylu. Autorami są  dwaj poznańscy architekci. Ktoś powiedział, że można by spokojnie ten obiekt wrzucić w Paryż czy Nowy York właśnie i pasowały. Podzielam to zdanie.

Trochę było problemów z wejściówkami dla Fan Clubu ( w klubie jest dość mało miejsca, ok. 150 miejsc tylko), ale ostatecznie Maciej z Kayaxu okazał sięświetnym negocjatorem i 5 wejściówek się znalazło.  Koncert przewidziany był na godzinę 20.00, więc o 19.40 spotkaliśmy się przed Piano Bar, prawie w komplecie, gdyż Ewa z Chojnic miała trochę problemów z dojazdem tego dnia.  Nie było sprawy, Ewa znała tajne hasło:  "Fan Club LOKATOR", na które mieliśmy wchodzić, tak więc weszliśmy sami. Przy wejściu na salę częstowano lampką wina białego lub czerwonego z tej racji, że koncert był w ramach imprez  uświetniających 1 urodziny klubu. Skierowano nas do 4 rzędów krzeseł ustawionych przed stolikami i lożami, co nas wcale nie zmartwiło, gdyż odległość od bardzo małej sceny była nie większa niż 3 m, a usiedliśmy idealnie na środku. Godzina 19.57 -  wpada Ewa. Jechali z mężem jak wariaci, żeby tylko zdążyć. To okazało się zbędne, gdyż mijały minuty i..... nic. Sala była zapełniona może w połowie.  Jak się potem okazało opóźnienie nie wynikało bynajmniej z winy artystów. Około 20.20 przywitano nas na imprezie z okazji urodzin Piano Bar i zaprezentowano krótki film o dotychczasowej działalności klubu zrobiony w stylu  starego kina . Dzięki temu w przeciągu 5 min zobaczyliśmy chyba z 20 słynnych nazwisk, które przewinęły się przez Piano Bar w przeciągu roku i to nie tylko z dziedziny muzyki, ale i kabaretu, mody czy sportu, że wymienię tylko przykładowo: Sistars, Urszula Dudziak, Lora Shafran, Maryla Rodowicz, Kabaret Moralnego Niepokoju, czy nasi mistrzowie Olimpijscy. 
 
Nadeszła wreszcie długo oczekiwana chwila kiedy to zapowiedziany został Krzysztof Kiljański wraz z zespołem. Zespół już w trakcie wyświetlania filmu siedział obok sceny gotowy, więc szybko dość się zainstalował i zaczął grać tradycyjne już ostatnio Intro, które później przechodzi w  "I Don' t Know Where Life' s Going". Po pierwszych dźwiękach tego utworu na salę wkroczył Krzysztof, któremu towarzyszyła burza oklasków.  Po pierwszym utworze Krzysztof przywitał się z publicznością i podziękował za zaproszenie do tak pięknego miejsca, od razu wyrażając nadzieję, że nie będzie to pierwszy i ostatni raz kiedy tutaj grają. Po czym rozglądając się po ścianach stwierdził, że czuje się tu jak  domu, gdyż właśnie widzi prace fotografików wrocławskich przedstawiających Wrocław! Objaśnił nam nawet co widnieje na której z nich. Usłyszeliśmy następne utwory z "In the Room", przerywane zabawnymi dygresjami jak ta na temat słynnego już "Kasikosza" i jego nazwy, która bardzo rozbawiła nawet muzyków, gdyż tym razem opowiadając tę historyjkę Krzysztof użył określenia  "lista płac" instrumentów  mówiąc, iż nazwę wymyślili po to, żeby jakoś to napisać na płycie wymieniając instrumenty przy każdym utworze. Zapowiedział też żartobliwie, że w przyszłości pojawi się zapewne więcej takich dziwnych instrumentów w zespole, a być może już zupełnie znikną te tradycyjne?

 

Słuchaliśmy dalej... czy raczej całkowicie zapadliśmy w zasłuchanie... Muszę się do czegoś przyznać. Płyty "In the Room"  nie słuchałam dosłownie od miesięcy, natomiast na koncerty Krzysztofa mogłabym chodzić codzienne! Jest jakiś fenomen w tym, że naprawdę każdy koncert jest zupełnie inny i za każdym razem ta sama piosenka jest zaśpiewana trochę inaczej. Dlatego tak mnie oburzyło, prowokacyjne jednak zapewne stwierdzenie Krzysztofa po koncercie, skierowane donas: "I jak koncert? Monika, ja Ciebie już wcale nie pytam, bo dla Ciebie to już jaka rutyna chyba. Ile koncertów ty widziałaś?"  No, to wtedy usłyszał to co napisałam powyżej. Powiedziałam tez, że po raz pierwszy od bardzo już dawna usłyszana muzyka spowodowała u mnie dreszcze. A tak było przy trzech utworach:  "Lokatorze" , który zawsze porywa i który dostał w Piano Bar największą owację, dalej  "One For My Baby"  i oczywiście "Kołysance".To chyba zupełnie wyjątkowa atmosfera tego miejsca sprawiła, że muzycy grali tak rewelacyjnie jak nigdy dotąd, a Krzysztof czuł się tam tak świetnie, że te utwory faktycznie słyszane przeze mnie na koncertach wielokrotnie wydawały się zupełnie nowe, inne i lepsze. Krzysztof zawsze śpiewa świetnie, ale ja tym razem usłyszałam w tych samych utworach o wiele więcej  "duszy"  niż kiedykolwiek.  

Jak już wcześniej wspomniałam, Krzysztof był tego wieczoru bardzo skłonny do różnych refleksji. I tak jedną z nich był Fan Club. Może powinnam była się tego w Poznaniu  spodziewać, jednak jakoś nie, nie pomyślałam o tym.  I tak w pewnym momencie usłyszeliśmy taką dygresję: "Nie w Warszawie, nie w Krakowie ani Gdańsku, nawet nie w moim Wrocławiu, ale właśnie tu w Poznaniu powstał Oficjalny Fan Club. I mamy tu na sali pani prezes. "Moniko gdzie jesteś?"  Tak, jak już pisałam -siedziałam w drugim rzędzie!:) Machnęłam ręką, że przecież tutaj, na co Krzysztof stwierdził: "No tak, najciemniej pod latarnią!"  Wstałam, pomachałam do ludzi którzy klaskali czując się jak członek jury w Sopocie. Zabawne:) A do LOKATORA Krzysztof jeszcze raz nawiązał przez piosenką "Lokator", wyjaśniając, że taka jest właśnie nazwa Fan Clubu.  
 
Ten koncert był o wiele za krótki. To znaczy był taki długi jak zawsze i tak jak zawsze zakończył się bisem w postaci  "My Funny Valentine"  Sinatry, jednak był za krótki, bo był tak bardzo wyjątkowy w nastroju i tak bardzo nie chciało się z takiego nastroju wychodzić. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Krzysztof nas opuścił, część publiczności opuściła salę, część: w tym muzycy została. My usiedliśmy sobie w wolnej loży obok sceny. Po chwili przysiedli się do nas Witek, wokalista i perkusista. Rozmawialiśmy sobie sympatycznie w oczekiwaniu na naszego Artystę. Trwało to jakiś czas, aż w końcu niektórzy zaczęli się zastanawiać czy przyjdzie. Uspokoiłam ich, że nie ma takiej opcji żeby nie przyszedł do nas! Po chwili pojawił się jeden z muzykówz wiadomością, że Krzysztof jeszcze zajęty, bo zagarnęła go lokalna TV na wywiad. Za jakieś 5, 10 min pojawił się  Oczekiwany, który po przywitaniu się z nami stwierdził : "Nie ma tak dobrze, kara musi być:)" -   mając na myśli wywiad dla TV:). Z muzyków został z nami tylko Witek i tak bardzo miło spędzaliśmy czas gawędząc w tym uroczymmiejscu przy dźwiękach bardzo nastrojowej muzyki. Zarówno Krzysztof jak i my wszyscy byliśmy zachwyceni klimatem Piano Bar.

 


 
Aż tu nagle nie wiadomo skąd zjawił się Maciej i poprosił Krzysztofa na słówko. Okazało się, że w drugim końcu sali siedzi Pani Grażyna Kulczyk i bardzo chce z nim i Witkiem porozmawiać. Panowie zostawili nas więc z obietnicą szybkiego powrotu. Tym niejmniej rozmowa się przedłużała i część fanów zwątpiwszy czy oni jeszcze wrócą oraz tłumacząc się późną porą pożegnała nas. Za jakieś pół godziny Krzysztof wrócił. Zauważył, że muzycy już dawno "wyszli po angielsku". Dzwonili kilka razy z klubu o nazwie "Muchos Potatos"  (którą  Krzysztof zgrabnieprzełożył na "poznański"  jako:  "Dużo pyrków" ), zachęcając byśmy też tam wpadli.
 
Była też propozycja od p. Kulczyk, żebyśmy zajrzeli  na dół . Nikt do końca nie wiedział co tam jest, tak więc zajrzeliśmy. Poziom niżej mieścił disco w stylu lat 70, 80. Tłok i bardzo głośno, jakkolwiek poziom jeszcze niższy był już całkiem nie do zniesienia, gdyż grali tam muzykę techno, było jeszcze więcej ludzi i jeszcze głośniej.  Jednomyślnie zrobiliśmy odwrót w kierunku "Muchos Potatos" , który mieści się w okolicach Starego Rynku. Przy okazji więc mieliśmy mały spacer przez stare miasto. Stwierdziłam z satysfakcją, że Poznań absolutnie nie śpi późną nocą, podobnie Nowy Jork:)

 

W  "Muchos Potatos"  było duszno jak w tropiku, a na suficie działał jakby chciał, ale nie mógł niemrawy wentylator (zupełnie jak z tych fimmów Meksyku:)). Początkowo pomyśleliśmy, że to celowo -  dla klimatu, ale właściciel (perkusista orkiestry Zbigniewa Górnego i przyjaciel jednego z członków zespołu Krzysztofa), wyjaśnił, że po prostu padła klimatyzacja:) Muzyka oczywiście latino, przy której muzycy Krzysztofa doskonale sie bawili. My poprzestaliśmy na rozmowie. Naprawdę było za gorąco. W ten sposób spędziliśmy resztę  wieczoru , który był naprawdę dłuuuugi. Może trochę za długi, zważywszy, że Krzysztof i muzycy już o 8 rano wyjeżdżali w kierunku Konina. Artysta, żegnając sie z nami zapowiedział, że teraz przez dobre kilka tygodni będzie albo w studiu albo w terenie i będzie bardzo trudno osiągalny. Bo tak napięty mają czas: nagrywanie piosenek na reedycję, nagrywanie kolęd, mnóstwo różności które po prostu wyskakują z dnia na dzień. A gdzieś  pomiedzy  musi jeszcze być czas na pracę nad nowym repertuarem.  


Krzysztof żałował, że nie mógł dłużej zostać w Poznaniu, ale ja widziałam, że chociaż ten krótki czas był czasem tak potrzebnego relaksu i cieszyłam się że tak SUPER wszystko się udało. Trzymamy za słowo Panią Grażynę, że zaprosi Krzysztofa ponownie do Piano Bar:)

 

/Monika.S/

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Joomla Templates by Joomlashack