Nastroje w kratkę takie jak pogoda. Jadę do Krakowa nie mając wielkich oczekiwań co do tego znowu nie klubowego koncertu...
Magia tego miasta jednak polega chyba na tym, że odmienia wszystko i każdego. Na miejscu niebo już inaczej patrzyło na świat i ja również. Trochę czasu na przywitanie z miastem, zanim przyjechała Ania i udałyśmy się (oczywiście wystrojone w fanclubowe koszulki) na dziedziniec Collegium Maius.
Powoli zaczęła wchodzić publiczność i ten niewielki, niezwykle kameralny i przepiękny dziedziniec zapełnił się po brzegi, mimo, że bilety wcale nie należały do tanich. Dołączyły wtedy do nas Agnieszka z koleżanką Martą. Na wstępie, przedstawicielka Urzędu Miasta Krakowa, który był organizatorem koncertu po przywitaniu nas przedstawiła nam też niewątpliwą atrakcję tego szczególnego miejsca - zegar z ruchomymi figurami, który został włączony specjalnie dla nas o innej niż zazwyczaj porze.
Zaczynało się ściemniać, kiedy zapowiedziano występ Krzysztofa wraz z zespołem. Zabrzmiały pierwsze takty "I don' t know where life' s going" i...........pierwsze pozytywne zaskoczenie: Krzysztof i jego nowy image: jeansy, czarna koszulka i lekka czarna marynarka oraz zupełnie inne i o wiele bardziej twarzowe okulary. Dalej mogło być już tylko lepiej... Ściemniało się coraz bardziej, na niebie zabłysły gwiazdy niczym dekoracyjny sufit dla tak pięknego otoczonego wiekowymi arkadami miejsca. Zrobiło się chłodniej, ale na sercach robiło się coraz cieplej, bo muzyka z "In the Room" jest jakby stworzona do takiej właśnie scenerii. Bałam się przed koncertem o akustykę, ale bez powodu, wszystko brzmiało wprost idealnie. Publiczność zasłuchana, pary przytulone do siebie, każdy musiał poczuć to coś magicznego. I Krzysztof też śpiewał jakoś inaczej, tak, że niektóre piosenki odkryłyśmy zupełnie na nowo, jak np. "Stay",w którym usłyszeć można było zupełnie nowy feeling .
Troszeczkę z rozmarzenia wybił nas na moment energetyczny "Lokator" . Ten utwór w wersji koncertowej po prostu porywa. Szkoda tylko, że nie można było "dać się porwać" ze względu na brak miejsca. Niezmienna perełka każdego koncertu' wspaniała kompozycja Krzysztofa - "Kołysanka" była najbardziej wyczekiwana, a pojawiła się jak zwykle na końcu. Nie obyło się również bez nastrojowych piosenek Franka Sinatry. Krakowska publiczność bardzo głośno idługo oklaskiwała Krzysztofa i jego rewelacyjnych muzyków, którzy tego wieczoru dali z siebie wszystko i chyba jeszcze trochę . Chciałabym tu szczególnie podkreślić genialną grę Witka Cisło, który zdawał się nie być wcale z nami tylko gdzieś... tam wśród gwiazd wydobywając z gitary dźwięki wprost nieziemskie. Również Aleksander Wróżek specjalny gość i serdeczny przyjaciel Krzysztofa czarował nas swoim akordeonem. Oraz oczywiście niesamowity pianista Piotr Matuszczyk, którego gra w piosence Franka Sinatry to czysta wirtuozeria.
Koncert magiczny w magicznym Krakowie. Możecie wszyscy tylko żałować, że Was tam nie było, bo coś takiego chyba się już nie powtórzy. I to jest faktycznie magia Krakowa, że Krzysztof i jego genialni muzycy, zmęczeni długą drogą z Lidzbarka Warmińskiego, gdzie odbył się poprzedniego dnia koncert charytatywny na rzecz tamtejszego szpitala dali tak niezapomniany i na najwyższym poziomie występ. Zaczarowane miasto, zaczarowani słuchacze zasłuchani w najbardziej czarujący głos na świecie...
Po koncercie tradycyjnie ustawiła się kolejka po autografy i zdjęcia. Krzysztof cierpliwie rozmawiał z fanami, a my cierpliwie czekałyśmy gawędząc z Witkiem o tym i owym, m.in. o nowej płycie. Kiedy wszyscy wielbiciele zostali usatysfakcjonowani, całe muzyczne towarzystwo plus towarzystwo fanclubowe przeniosło się do pewnej miłej restauracji na późną kolację. Krzysztof nas niezmiernie zaskoczył swoim zachwytem nad fanclubową koszulką, który wyrażał średnio raz na pół godziny Wiedziałyśmy, że się spodoba, ale że aż tak?! Tym większa nasza radość. Oczywiście takaż koszulka została jemu także ofiarowana. Niestety ekipa muzyczna, oprócz Alka Wróżka musiała jechać dalej jeszcze tego samego dnia, a, również niestety Agnieszka i Marta na drugi dzień rano. Krzysztof na szczęście, tak bardzo się nie spieszył i ofiarował nam, naprawdę spory kawał czasu tego i następnego dnia. Długo nie zapomnimy spacerów po magicznym mieście, które nigdy nie zasypia.... Dla Krzysztofa to też był czas relaksu, to się czuło - takie malutkie wakacje, których przecież na dobrą sprawę jeszcze nie miał. Może właśnie dlatego następnego dnia prześladowała mnie piosenka "Center of time": "maybe it s magic, maybe it s not what it seem?"
Ania może potwierdzić, że to wszystko razem było jak najbardziej niezwykłe. I znowu....magia Krakowa?