Search

Log in






Lost Password?
Sopot 2005
Article Index
Sopot 2005
Page 2
There are no translations available

Trójmiasto, a szczególnie Sopot i Gdańsk kojarzy mi się wyłącznie kojąco i wakacyjnie. Dni w zwolnionym tempie, morze, Dorota, z którą można rozmawiać naprawdę o wszystkim, a czasem i o niczym... Tym razem miało być nieco inaczej. Tym razem miał być festiwal. W życiu nigdy nie byłam na żadnym festiwalu, podobnie jak moje obie towarzyszki. Tak naprawdę to żadna z nas nie spodziewała się niczego specjalnego... Chciałyśmy tylko tam być, chciałyśmy zobaczyć Krzysztofa na sopockiej scenie.. I tyle.

 

A tymczasem....Począwszy od piątku i koncertu MTV atmosfera festiwalowa wciągała nas coraz bardziej. Wierzcie mi te wszystkie telewizyjne  słowa o  "gorącej atmosferze"  w Operze Leśnej nie są ani trochę przesadzone. W nocy było ok. 15 stopni, a nam było gorąco!  Piątkowy koncert bardzo udany. Dwóch moich absolutnych ulubieńców: Zakopower (z Sebastianem nawet udało mi się potem pogadać chwilę za kulisami) i Sistars już wystarczyłoby, ale pozostali byli równie wspaniali, a na deser Maryla. Nie podejrzewałabym siebie, że to właśnie na jej recitalu będę się najlepiej bawić. Ale to jest tzw.  festiwalowa muzyka !  Ciekawostka dla Was: piosenkę, którą śpiewała Maryla z  pewnym wysokim kucharzem, miał śpiewać z nią Krzysztof. Bardzo ładna piosenka i chyba lepiej pasująca do naszego ulubieńca niż do tego pana.Koncert pozwalał zapomnieć o tym co miało się dziać w sobotę czyli o konkursie o Bursztynowego Słowika i występie Krzysztofa (nie wiadomo kto bardziej przeżywał, my czy on ). Tylko z szybkiej, gdzieś w przelocie wymiany zdań z Anią z Kayaxu czy Witkiem można było wnioskować, że taki Sopot to jest stres i to porządny. Nie było szans spotkać się w piątek więc tylko sms-y  w stylu "jesteśmy z Tobą" , co jakiś czas. Miałyśmy też ciekawy przypadek: weszłyśmy do kawiarni a tam leciała cała płyta "In the Room" !


Sobota. Dobiła do nas dzielna fotoreporterka Monika z Poznania, która potem z zapałem pstrykała zdjęcia (tak jest: jesteśmy dwie Moniki w Poznaniu ). Trochę łażenia po niemożliwie zatłoczonym Sopocie. Jednak niech Wam się nie zdaje, że możnaw tym tłumie spotkać artystów. Ależ skąd! Oni śpią. Jeden jedyny bodajże perkusista z zespołu Lemara mignął nam gdzieś w sklepie spożywczym. Znowu pod górkę do Opery Leśnej.
Trochę podglądałyśmy Gordona Haskella na próbie i bardzo chciałam usłyszeć też Lemara. Niestety: zanim panowie i panie przestali się snuć po scenie i w leniwym tempie omawiać swoje sprawy, a zaczęli śpiewać minęło dobre 20 minut i nie miałyśmy już specjalnie natchnienia tego wydarzenia śledzić dalej...  Zdążyłyśmy tylko kątem oka zauważyć Natalię Kukulską i opiekunkę z wózkiem. Mały na pewno będzie muzykiem,  od początku jeśli nie na, to przy  scenie. Mała dygresja: nie spodziewałam się, że ta Opera Leśna jest taka....mała. Naprawdę: ani scena ani widownia nierobi na mnie specjalnego wrażenie. Jest wręcz kameralnie.
Telewizja jednak wszystko maksymalizuje.  

 



Nastał wreszcie wieczór i początek koncertu. Żarty się skończyły, a zaczął się konkurs. Cóż mogę napisać prócz tego co już zostało napisane i powiedziane? Mogę tylko potwierdzić, że faktycznie również na żywo nagłośnienie było fatalne, gorsze niż w piątek i to bardzo utrudniało sprawę występującym. Na temat  Mandaryny nie wypowiadam się bo szkoda czcionki. Zwycięski Piasek wszystkim nam się bardzo podobał, ale moje obecne refleksje prowadzą ku takiemu stwierdzeniu: co on tam właściwie robił? Facet otrzaskany z każdą sceną, występujący od lat,  wyluzowany, któremu praktycznie taka nagroda ani doda ani odejmie (no może doda sprzedanych płyt) i pozostali wykonawcy, a wśród nich Krzysztof, którzy na wielkich wodach albo pływają od niedawna, albo dopiero zaczęli. Oczywiście Piasek miał święte prawo startować w tym konkursie według regulaminu, ale szanse nie były równe. Jakkolwiek muszę mu oddać, że był świetny w obu piosenkach i to jego piosenka prześladowała mnie niemiłosiernie przez następne cztery dni.

Nie wiem czy macie podobne wrażenie, ale cały czas mi się wydaje, że gdyby nie było Piaska... i zakochanej w nim Ewy Bem (którą bardzo lubię -  żeby nie było!) to właśnie Krzysztof dostałby słowika. No bo kto???? Oczywiście pod warunkiem, że nie byłoby stołka i połowy nerwów. Nie wiem dlaczego Krzysztof nie zaśpiewał tak jak "Dni których nie znamy"  Marka Grechuty na festiwalu w Opolu. Przecież można śpiewać wolne piosenki chodząc. To bardziej pasuje na festiwalu. To tak na przyszłość, chociaż Krzysztof podczas spotkania z nami zarzekał się: "Nigdy więcej festiwali" . Wtedy Flinta też nie dałaby rady, nawet z tym rewelacyjnym  "Niemenem" .
A tak a propos cover: "Żółte kalendarze"  Krzysztofa były piękne. I nie zgodzę się z niektórymi uczestnikami Forum, że powinna to być  żywsza  piosenka. Nie, powinna być taka w jakiej artysta się czuje najlepiej, a ta właśnie taka była.To były takie ogólne refleksje i wcale nie najważniejsze...Będzie lekko poważnie teraz, wybaczcie mi...  

Z Krzysztofem udało nam się spotkać w sobotę wieczorem podczas występu Scorpions, który nas wszystkich bardzo średnio interesował. Usiedliśmy sobie nieopodal sceny, ale wystarczająco daleko, żeby słyszeć się wzajemnie. Krzysztof wyraźnie nie był w najlepszym nastroju, ale co tu się dziwić i otwarcie stwierdził,że pewnie wygra Piasek, a Doda może dostanie nagrodę publiczności. Niestety byłyśmy równie przerażająco szczere przyznając mu rację.

Wiem, że najchętniej rzucilibyście we mnie teraz pomidorem, ale to jakoś było zbyt oczywiste dla wszystkich. NAPRAWDĘ chciałam coś powiedzieć, coś co mogłoby rozpromienić atmosferę, ale chyba po raz pierwszy w życiu totalnie nie miałam pojęcia co powiedzieć, żeby to nie było jakieś tanie pocieszenie, albo jakiś durny banał.
Dziewczyny tez milczały, pewnie miały podobne odczucia. Przepraszam Krzysztofa i Was za taki  niewypał  wsparcia fanclubowego. Jedynie na  pytanie o "Żółte kalendarze", wyraziłam swój zachwyt. Na swoje usprawiedliwienie mam ino tyle, że też byłam lekko ścięta sytuacją.I tyle. Później tylko jakaś luźna rozmowa. To nie było długie spotkanie, bo musiałyśmy znikać na kolejkę, a Krzysztof znowu był  uzależniony  od transportu do hotelu (w Gdyni zresztą).



 
< Prev   Next >
Joomla Templates by Joomlashack